Dmitrij Głuchowski · Rejestracja
5.
Pociąg przyjechał na Jarosławski dworzec o szóstej dwadzieścia rano. Słońce już unosiło się nad domami, ale rzucało jeszcze łagodne, różowe światło. Samochody nie ruszyły jeszcze w drogę, tylko polewaczki sunęły klinem po szerokich jak rzeka arteriach, otulone tęczowymi obłokami wodnego pyłu, zamieniając Moskwę w akwarelę.
Wiele rzeczy, przestrzeni, zjawisk i wydarzeń, które w dzieciństwie wydawały się Ulianie wielkie, później stało się na nią w sam raz, a potem jeszcze zmalało. Ale Moskwa pozostała tak samo ogromna. Wszystko było tu zrobione nie na miarę człowieka, tylko na sto tysięcy, na kolumny i szeregi ludzi, na paradę.
Przez sekundę Ulianie wydało się, że w tym mieście można latać — może przypomniały jej się te sny, w których rozkładała ręce, odbijała się od ziemi, wzbijała się w górę i szybowała wysoko nad domami. A tu było gdzie się rozpędzić — domy stały ogromne, a między nimi rozciągała się przestrzeń.
W metrze też było jak w bajce, zupełnie pusto. Na puste stacje wjeżdżały puste składy, a tylko młodziutcy gliniarze w granatowych mundurach snuli się parami, zaspani. Uliana, sama jeszcze nie do końca rozbudzona, jechała linią okrężną i patrzyła nie w telefon, tylko przez okno. Czerń ustępowała miejsca pałacom, pałace — czerni.
Dotarła do Prospektu Lenińskiego i znów popatrzyła na miasto: Moskwa powoli ożywała, odzyskiwała przytomność. Na arteriach ruch się nasilał. Ludzie spływali do metra i znikali w nim jak woda w odpływie. Uliana szła pod prąd — wszyscy do środka, a ona na zewnątrz, jak karaluch, który przenocował w kanalizacji i rusza na wyprawę.
Ciocia Marina mieszkała na podwórzu przy placu Gagarina.
Uliana z trudem znalazła właściwy adres, nawigacja w telefonie wszystko myliła, ale sama rozgryzła sprawę po nazwach ulic. Dom był stalinowski, odrestaurowany, oczyszczony do pierwotnego, piaskowego koloru. Ale było za wcześnie, żeby dzwonić do cioci Mariny: dochodziła dopiero siódma, nie wypadało budzić ich o takiej porze, pewnie wstają nie wcześniej niż o ósmej, a może nawet wpół do dziewiątej. I tak już zawraca im głowę… No więc usiadła na ławce przy wejściu i zaczęła czekać.
Szkoda, że w pociągu nie zdążyła skorzystać z toalety: zanim się ogarnęła, ustawiła się już kolejka chętnych do umycia zębów; machnęła ręką, postanowiła wytrzymać, a teraz ją cisnęło i nie było gdzie pójść. Uliana namawiała zegar, żeby szybciej chodził, ale czas na złość jej wlec się z prędkością zero przecinek pięć. Trzeba było wytrzymać, pozwolić moskwianom się wyspać.
Pomarańczowy dozorca zaczął skrobać chodnik, zerkał na Ulianę podejrzliwie, ale nic nie mówił. Miał skośne oczy — sam pewnie też był tu na prawach gościa. No to się nie wtrącaj, dobra? I bez ciebie niedobrze.
Podwórze było luksusowe, nie podwórze, tylko prawdziwy park: nie było gdzie przysiąść.
Uliana zaczęła przyglądać się oknom, żeby czymś zająć myśli. Chyba mieszkali na piątym piętrze. Wszystkie okna były duże, niektóre miały odsłonięte zasłony i widać było lampy z abażurami, a w jednym chyba stało gipsowe popiersie. Które to okno cioci Mariny, zastanawiała się Uliana.
Zabrzęczała wiadomość. Chwyciła telefon.
Sasza pisał do niej z tego numeru — odpisywał na wszystkie jej wczorajsze wiadomości, na które nie odpowiedział.
„ulka czekam kiedy będziesz?”
„już jestem w moskwie” — szybko do niego napisała. — „rzucę rzeczy i do ciebie!!!”
„tęsknię” — odpisał. — „no dawaj już szybciej, tu nuda”.
Zastanowiła się — zapowiedzieć mu niespodziankę? Czy lepiej przy spotkaniu? Lepiej przy spotkaniu, zdecydowała. Trzeba się umalować, zrobić sobie jakiś look. A potem dopiero wyłożyć kawę na ławę. Bo jak teraz wyślesz taki teaser, to sama się potem będziesz męczyć. Bała się, że Sasza się przestraszy.
A jednak, co to znaczy — że jest ciężki, zapytała samą siebie jeszcze raz.
Że i tak umrze?
Teraz, kiedy przyjechała do Moskwy, jeszcze straszniej było myśleć, że Sasza może umrzeć. Uliana już wyobrażała sobie jego śmierć w Wołogdzie, kiedy wydzwaniała do kostnicy w Rostowie. Ale wtedy oznaczałoby to po prostu, że wyjechał dwa miesiące temu — i tyle, zniknął na zawsze; a teraz… Tamto dałoby się jakoś łatwiej znieść. Można by sobie to jakoś wyobrazić. Ale teraz, kiedy się odnalazł, wrócił… Zaraz się spotkają… Żeby teraz miał umrzeć? Wtedy łatwiej byłoby się nie spotykać, nie żegnać, przemknęło Ulianie przez głowę coś wstydliwego.
Nie wolno tak myśleć. Okrutnie tak myśleć.
Wytrzymała do ósmej rano. Potem poczekała jeszcze trzy minuty, żeby nie dzwonić równo o ósmej, tylko po budziku. Ciocia Marina nie odpowiadała. Trzeba było sforsować wejście. Pociągnęła za drzwi — a tam za szybą siedział portier, jakby w gabinecie gubernatora.
— Dokąd? — zapytał surowo.
— Do dwieście trzeciego, do Sawwinów — podała hasło Uliana.
— Jak panią przedstawić? — zdaje się, że złagodniał.
— Proszę mnie przedstawić nago — powiedziała. — Żartuję, żartuję. Uliana. Jestem ich siostrzenicą. Mariny Sawwiny.
Portier gdzieś zadzwonił, coś pomruczał do słuchawki, z powagą pokiwał głową i dopiero wtedy otworzył Ulianie drzwi. Pobiegła po schodach do windy, ponaglała ją, błagała, żeby jechała szybciej, a w końcu niecierpliwie zadzwoniła do drzwi.
Otworzył wujek.
Wysoki, chudy, jasne włosy kręciły mu się po bokach, a na czubku została już tylko puszek, pod oczami miał puste worki. Uliana jakby trochę go pamiętała z tamtej noworocznej wycieczki na Kreml. Tamten dawny wujek był wesołkiem. W porównaniu z nim ten się przygarbił, pomarszczył, skurczył, a wraz z sokami wyparowała z niego jakby cała wesołość. Ale mimo wszystko pozostało w nim coś czarującego, coś, co spodobało się małej Ulianie, wręcz ją urzekło, choć wtedy nie potrafiłaby tego sobie uświadomić ani opisać. Jakaś filmowość… Dobre pochodzenie? Szlachetność?
— Ulian… Ula? — powiedział. — Ile to lat, ile zim!
Wyciągnęła ręce, żeby go objąć, a on ruszył jej na spotkanie nie od razu, jakby przez te wszystkie lata porządnie zardzewiał i trzeba go było mocniej nacisnąć, żeby zastałe ciało zaczęło współpracować. Objął ją też jakoś tak sztywno. Może było mu niezręcznie obejmować taką wielką klacz? Pamiętał ją przecież jako małą, a teraz… To już były zupełnie inne przytulasy.
— No tak. A my tu… Ekhm. Jak rodzice?
— Słuchajcie, wujku Maksimie… — przerwała mu Uliana, niezdolna już dłużej udawać. — Ja tu tak, tego… Dopiero co z dworca… Zaraz się normalnie posikam, przysięgam.
— A? Tak… Oczywiście — przestraszył się. — Ty chyba jeszcze u nas nie byłaś, co, w tym mieszkaniu? Tam… Jest łazienka. Dam ci ręcznik. Po podróży pociągiem pewnie masz ochotę wziąć prysznic… Akurat zanim Marina wróci…
Łazienka była marmurowa, słuchawka prysznicowa złota, sufity miały ponad trzy metry, ręcznik był puszysty, a ciśnienie wody takie, że nie chciało się wychodzić. Ale trzeba było wyjść. Trzeba było jechać do Saszy.
Przemknęła korytarzem — parkiet skrzypiał — sypialnia, druga sypialnia, salon — w nim gigantyczna czarna czeluść telewizora, wejście w pustkę, zabytkowy brązowy żyrandol, obrazy olejne…
— Ale macie tu pałace! — oceniła Uliana.
— Uljanoczka! — zawołała ciocia Marina z kuchni. — Pichcę tu coś… Cześć!
Ona z kolei była cała w uśmiechach — objęła Ulianę i ucałowała. Ciocia Marina też się postarzała, na swój sposób: opuchła, nalana, skóra zrobiła jej się jak pergamin, a włosy miała teraz w kolorze, którego Uliana nie pamiętała.
— Ależ wyrosłaś, co? Ale wypiękniałaś! — ciocia Marina zdawała się zachwycać Ulianą, ale jej uśmiech odrobinę podskakiwał, a oczy mrugały. — No siadaj, siadaj! Jak mama?
Uliana zdała jej relację z tego, co u mamy: sklep spożywczy, pijaki, stonka ziemniaczana, podlewanie, pielenie, reumatyzm, zawroty głowy, no-spa, cytramon, nurofen, tajski balsam, a, no i jeszcze — utopielcy. Ciocia Marina wzdychała, ale o najważniejsze — o Saszę — nie pytała. Wujek Maksim siedział w milczeniu, cały czas się jej przyglądał, a Uliana, kątem oka i ukradkiem odpierając jego spojrzenia, nie mogła rozgryźć, co się w nich kryje. Ani kłującego, ani tłustego, ani ciepłego, ani zimnego… Coś niespokojnego, czegoś szukającego. Ale czego? Kroił talerz nożem, aż talerz zgrzytał. Wysłuchał, podsumował roztargniony: no tak, wiejska proza. I wstał. Uliana nie zdołała się zorientować, czy mu się spodobała, czy nie. A chciała mu się spodobać.
— No, to ja też… Do szpitala — powiedziała Uliana. — Do Saszy.
— Do Saszy — powtórzył wujek.
Ale nie zaczął pytać o Saszę. Tylko krótko skinął głową — nie Ulianie, lecz chyba czajnikowi albo mikrofalówce; uchylił usta, zawahał się i zamknął. A ciocia spojrzała na niego przelotnie, dziwnie.
— No tak. Jasne.
Uliana też nie zaczęła im nic opowiadać o Saszy, skoro nie pytali, skoro i tak wszystko było dla nich jasne. Ale co dokładnie było jasne? Zawisło to w powietrzu. No dobra, nieważne.
— Macie może cukierki? — poprosiła. — Strasznie mi się chce.
— Oj. Po prostu staramy się nie jeść słodyczy — powiedziała ciocia Marina. — Ale kupię na wieczór.
— Byle do wieczora dożyć — zażartowała Uliana.
Do szpitala, w którym leżał Sasza, najłatwiej było dojechać metrem do stacji Jugozapadnaja, a potem autobusem w stronę obwodu, do Odincowa. Na przystanku zebrała się różnorodna grupka ludzi — jakaś ponadczasowa baba w swetrze, brodaty, ponury facet w zielonym polarze, student z plecaczkiem, emo-dziewczyna w mini, młoda matka ze składaną spacerówką i malcem ze smoczkiem, rozczochrany emeryt. Z nudów wszyscy gapili się w telefony, a Uliana przyglądała się im. Moskwianie byli wyjątkowi tylko w centrum, jakby przylecieli z supernowej, a na obrzeżach byli zwyczajni, zupełnie jak w Wołogdzie. Doszła do takiego wniosku — i Moskwa jakby stała się bliższa, bardziej zrozumiała, a jej dom przestał tak doskwierać.
Przyjechał krótki autobus, coś jak marszrutka — akurat taki, żeby zabrać całą tę zbieraninę. Za kierownicą siedział jakiś nieruski chłopak, ale chyba w porządku, i starał się mówić tak, żeby nie było słychać akcentu. Tyle że nawet bez akcentu wszystko miał wypisane na czole.
Usiedli na miejscach, autobus ruszył przez opustoszałe obrzeża Moskwy. Uliana szykowała się na spotkanie: myślała o Saszy. Obejrzała zdjęcia. Sięgnęła do wspomnień — jego uśmiechu, pocałunków, tego, jak o wpół do piątej rano, po drugim razie, stojąc bez majtek przy otwartej lodówce w jej kuchni, nagle zapytał, co ona w zasadzie sądzi o ślubie; i jak potem udawał, że nic takiego się nie wydarzyło, jak potem podkulił ogon i kupił jej kwiaty, pierwsze kwiaty od trzech lat. Musiała sobie przypomnieć go przed spotkaniem, wymasować tę część duszy, bo jakby zdrętwiała i zmartwiała. Udało się: ruszyły ogniste mrówki, krew znów popłynęła. Zaszczypały ją oczy, zatkało nos.
W tle terkotał jakiś program: facet w zielonym polarze gapił się w swoją składaną komórkę, która nadawała na cały regulator; chyba był głuchy, skoro docierało do wszystkich pasażerów.
— A ja upieram się, że człowiek, który wrzuca do mediów społecznościowych ogólnie dostępne nagranie pokazujące trafienie wrogim dronem naszego lotniska wojskowego, na którym, nawiasem mówiąc, stacjonuje nasze lotnictwo strategiczne, to nie zwykły idiota, tylko zdrajca, z którym należy postępować zgodnie z prawami wojennymi! Takich trzeba rozstrzeliwać, oto co! I nieważne, że to poborowy, nieważne, ile ma lat, nie próbujcie mi tu grać na litości! Służy w armii, ma bronić naszego kraju, naszej ojczyzny przed wrogiem, i tylko dlatego nie jest na froncie, że nasze państwo zdecydowało, iż w strefie walk mają się teraz znajdować nie zieloni poborowi, lecz przygotowani i wyszkoleni profesjonaliści, ale on i tak walczy, bo broni naszych głębokich tyłów! I co widzimy?! Nie tylko nie wywiązuje się ze swojego zadania bojowego, ale jeszcze szydzi ze swoich towarzyszy, z naszej porażki! A do tego, wrzucając to nagranie do internetu, gdzie jeszcze z nas szydzi, szydzi z nas, ze swoich, ujawnia wrogowi rezultat dywersji! I zachęca go do kolejnych zamachów! Być może cała ta wroga dywersja była możliwa tylko dzięki sabotażowi tego albo takiego jak on! Niech nasze służby specjalne i prokuratura wojskowa sprawdzą jeszcze, czy ten szpiegowski proceder nie jest opłacany przez naszego przeciwnika! Nie rozumiecie, co to znaczy?
Autobus jechał obok brzydkich starych domów i ładnych nowych, obok budek, w których można było kupić wszystko, obok prefabrykowanych betonowych płotów, którymi pocięto cały kraj.
— To znaczy, że ten bombowiec strategiczny, który, nawiasem mówiąc, oczyszcza drogę naszej piechocie, nie wystartuje, nie zbombarduje wrogich rejonów umocnionych ani ich fabryk broni, a nasi żołnierze ruszą do szturmu na ukraińskie karabiny maszynowe, na ich drony, będą niepotrzebnie ryzykować życie i ktoś na pewno — na pewno! — zginie przez tego oto, jak się pan wyraził, idiotę! Nie, powtórzę: to nie idiota, tylko szkodnik, zdrajca, a na jego rękach będzie — co tam będzie, już na pewno jest! — krew naszych chłopaków walczących na froncie, tych, którzy przyjmują na siebie ogień wroga, żeby ten pański idiota mógł sobie gnuśnieć na głębokich tyłach i kręcić swoje kretyńskie filmiki!
Facet w zielonym polarze garbił się nad swoją terkoczącą komórką i słuchał uważnie, ale od czasu do czasu odrywał się od niej i rozglądał nieco szalonym wzrokiem, jakby sprawdzał, czy reszta też się tym interesuje. Reszty to nie interesowało. Student siedział ze szklanym wzrokiem, wpatrzony w telefon. Emo-dziewczyna zaraz po zapłaceniu za przejazd nałożyła słuchawki na całą głowę i odpłynęła. Rozczochrany dziadek kiwał się na zakrętach, jego twarz nie wyrażała niczego. A baba w swetrze wierciła się i marszczyła brwi.
Uliana słuchała jednym uchem i myślała o Saszy; dopiero kiedy wspomnieli o oddziałach szturmowych, zaczęła słuchać, a potem znów odpłynęła. Chociaż radio darło się wniebogłosy, nie mówili nic nowego, więc dla Uliany wszystko to było jak szum silnika, jak szum morza.
— Tak, niestety, w naszym kraju nie ma jeszcze kary głównej, a właściwie moratorium na nią wprowadzili liberałowie, którzy przeniknęli do władzy i którzy, nawiasem mówiąc, jak zawsze uważałem i nadal uważam, sami są wspólnikami wroga. Jeśli kiedyś mogliśmy sobie pozwolić na taką łagodność, to w czwartym roku wojny, kiedy wszystkie zasoby są na granicy wytrzymałości, po prostu nie wolno nam już pobłażać zdrajcom, tej piątej kolumnie — no więc, nawet jeśli nie mamy kary głównej, to co nam przeszkadza złapać tego waszego idiotę za kołnierz i wysłać go do chłopaków, którzy teraz ruszają do szturmu? Niech tam zmyje tę zbrodnię własną krwią, niech stanie ramię w ramię z tymi, których wystawił, i niech przed nimi odpowie! Wiecie, jak śpiewał Wysocki — „niech będzie z tobą związany, tam zrozumiesz, kto to taki…” A w ogóle dawno już należało znieść to moratorium, bo czasy są teraz ciężkie, a chyba nikt tu nie będzie się ze mną spierał, że ciężkie czasy wymagają ciężkich środków! Tego nam naprawdę brakuje — brakuje nam SMERSZu do walki z takimi szkodnikami, brakuje nam środków nadzwyczajnych, stalinowskich! Gdybyśmy mieli wolne ręce, wygralibyśmy tę kampanię już trzy lata temu! Ale nie…
Wtedy student zadzwonił do kogoś i zaczął gadać, zagłuszając rozmowę z telefonu brodacza, a tamten się rozzłościł i jeszcze podgłośnił. Wtedy odezwała się baba w swetrze i poprosiła:
— Panie, ile można? Nie jedzie pan sam. Już się od tego wszystkiego niedobrze robi, naprawdę!
Brodaty od razu obrócił się do niej całym ciałem.
— No i co?
— A panu samemu od tego wszystkiego nie robi się niedobrze?
— Od czego „od tego wszystkiego”?
— No od tego właśnie, „od czego”? — odpowiedziała mu baba. — Od tego! Czwarty rok już leci, ile można! I w ogóle!
Brodaty zwinął dłonie w pięści na wysokości piersi, strzelił knykciami i uśmiechnął się do niej paskudnie, krzywo.
— Mnie? To ci powiem… Słyszysz! — Wstał, wyciągnął rękę do kierowcy i ciężko klepnął go w ramię. — Zaraz będziemy mijać posterunek drogówki, przed obwodnicą. Zatrzymaj tam. Wysiądziemy z paniusią. Niech w komisariacie opowie, od czego jej tam niedobrze.
— Co, serio czy jak? — spytał zdezorientowany kierowca.
Uliana spojrzała na kobietę, która się odezwała. Miała zmartwioną, pełną troski i zmęczoną twarz. To w gruncie rzeczy była kobieta, nie jakaś baba — jak się jej dobrze przyjrzeć.
— Serio!
— Nigdzie nie wysiądę! — powiedziała niepewnie kobieta. — Jadę do końca!
— Mówi, że nie chce, bracie — przekazał kierowca brodaczowi.
— To tak! — Tamten podniósł się z miejsca, oparł kark o sufit, zgarbił się i przez to zrobił się jeszcze bardziej wściekły. — Zatrzymaj autobus. Jasno się wyrażam? Czy ty też chcesz z nią teraz wysiąść?
— Ale na jakiej podstawie?! — zaprotestowała kobieta.
Emo-dziewczyna zdjęła słuchawki na sekundę czy dwie — widać brodaty rykiem wcinał się w jej muzykę — posłuchała, o co chodzi, znów nasunęła je na uszy i odwróciła się. Student tylko jeszcze głębiej zakopał się w telefonie, głowa wręcz schowała mu się w ramionach. Matka skupiona głaskała po głowie skrzywione dziecko i poprawiała mu smoczek. Dziadek jak był nieprzytomny, tak pozostał.
— A może jestem społecznikiem z drużyny porządkowej, oto na jakiej! — wychrypiał z wściekłości facet. — Będziesz mnie tu jeszcze wypytywać o podstawy? Jeżdżę za linię frontu do naszych chłopaków, wiozę im tam pomoc humanitarną, ryzykuję własną skórą, podczas gdy wy szukacie, komu sprzedać własną dupę, a ty jeszcze będziesz mi tu robić wyrzuty o podstawy? Zatrzymuj, słyszysz?!
Kobieta rozglądała się bezradnie, żałośnie: szukała kogoś, na kim mogłaby się oprzeć, kogoś, kogo mogłaby się choć przytrzymać, a kierowca, przestraszony, już zjeżdżał w stronę posterunku drogówki.
— I przypominam naszym szanownym słuchaczom, że prowadzimy zbiórkę na wsparcie naszych żołnierzy na froncie, zbieramy na kamizelki kuloodporne, przede wszystkim dla oddziałów szturmowych, które prowadzą teraz działania bojowe w Torecku… — grzmiała dalej w cichym autobusie składana komórka. — Może się państwu wydawać, że to gdzieś tam, daleko, że was to nie dotyczy, ale nawiasem mówiąc, z Moskwy do Torecka jedzie się samochodem zaledwie czternaście godzin, a nasi chłopcy walczą tam dziś po to, żeby całe to zło, z którym się mierzą, nie dotarło do naszych miast. Czternaście godzin, proszę sobie to przemyśleć! Brakuje nam już tylko nieco ponad półtora miliona rubli, żeby zamknąć tę zbiórkę, a jutro cały ten sprzęt będzie mógł ruszyć za linię frontu…
Kobieta złapała wzrokiem Ulianę, a Uliana rozpoznała w jej oczach to samo przeczucie nieuchronnej i nieodwracalnej katastrofy, które niedawno ogarnęło ją samą, a przed którym ocaliła ją tylko stalowa racja Saszy.
Ale teraz słuszność biła od tego groźnego chłopa jak żar z wielkiego pieca. Za siebie Uljana mogłaby jeszcze zaryzykować i rzucić się w ogień, ale za tę kobietę — nie była gotowa. Trzeba było jechać do Saszy, nie mogła trwonić sił na rzeczy zbędne. Żeby przytłumić swoje ludzkie wahania i nie stawać w obronie ciotki, bezgłośnie przypomniała sobie jeszcze, jak tamtą mdliło „od tego wszystkiego” — a „od wszystkiego” znaczyło przecież także od wszystkich tych chłopaków, którzy bez osłony bombowców strategicznych szli na ukraińskie karabiny maszynowe, takich samych jak jej Sasza; a więc mdliło ją też od samego Saszy. Tak? Tak. Ścisnęło ją w gardle. I wtedy Uljana poczuła, że ten żar buchający od chłopa, z jego paleniska, już jej nie parzy, tylko ogrzewa. Wystarczyło po prostu obrazić się razem z nim i nie pozwolić, by współczucie dla obcej baby odebrało jej tę urazę.
Uljana oderwała wzrok od ciotki i odwróciła się do okna. Autobus stanął, ciotka próbowała zostać w środku, ale było w tym już tylko jakieś słabe miotanie się; brodaty pewnym ruchem chwycił ją pod łokieć i wypchnął na zewnątrz, do zdezorientowanych gliniarzy.
— Ale co to… Moja torba, torba! — zapiszczała.
Wtedy dziadek oprzytomniał i podał jej siatkę, której ciotka nie zdążyła zabrać. Okazało się, że wszystko słyszał i rozumiał, tylko udawał, że patrzy w pustkę. Kierowca poczekał na znak brodatego. Drzwi przesunęły się po metalowych prowadnicach, odcinając dźwięki jak nożem. Uljana jeszcze odwróciła się przez ramię, przypadkiem, w stronę ciotki — jednak martwiła się, co jej teraz zrobią, i z jakiegoś powodu było jej też wstyd. I wtedy, żeby nie potykać się o cały ten przykry zamęt, nie ugrzęznąć w nim, powiedziała sobie — na głos, żeby jeszcze raz usłyszeć to własnym głosem:
— Jego tam ranili… A ją mdli…
I zaczęła patrzeć przed siebie. Wszyscy też patrzyli przed siebie albo w telefony, przestali się oglądać za siebie; na wszelki wypadek przestali też patrzeć sobie w oczy. A na co tu patrzeć?
Tymczasem autobus jechał dalej — mijając betonowe kokardy węzłów estakad, mijając dziurawe lasy podmoskiewskie — do miasta Odincowo, czyściutkiego, surowego i odświętnego jak galowy mundur majora jakichś wojsk szturmowych.
Wysiadła na przystanku „Szpital”. W prawo i w lewo ciągnął się szary płot, jak daleko sięgał wzrok, a za nim, w oddali, wznosiły się szare szpitalne budynki. Uljana zorientowała się w terenie i znalazła portiernię. Zaczęła wyjaśniać, dokąd i do kogo przyszła.
— Kim pani dla niego jest? — zapytał ją ochroniarz, już od samego rana zmęczony.
— Narzeczoną.
— Czyli jeszcze nie członkiem rodziny? Na tę chwilę.
— Narzeczoną, no? Zamierzamy się pobrać. Przyjechałam właśnie oświadczyć mu się, — uśmiechnęła się do niego Uljana, tak jak zawsze uśmiechała się do ochroniarzy.
— Jak nie ma wpisu w paszporcie, to nie wolno — uciął.
— To jak mam za niego wyjść, skoro mnie pan nie wpuszcza?
Ochroniarz spojrzał na nią jak na upośledzoną umysłowo. Miejscowe zasady były dla niego jak tabliczka mnożenia: jasne i niepodważalne.
— Proszę pani. Niech wtedy napisze podanie do głównego lekarza, z pani pełnym imieniem i nazwiskiem. To obiekt zamknięty, rozumie pani? A jeśli jest pani ukraińską dywersantką, to co wtedy?
— Ja niby?
— Teraz takie czasy. Każdy może nią być. Patrz pani, przez telefon ludźmi kręcą, jak chcą. Pociągi wykolejają, i Bóg wie co jeszcze. Proszę iść, niech pisze.
Uljana splunęła, ledwo nie posłała go w chuj, ale się powstrzymała; zaczęła dzwonić do Saszy — i dzięki ci, Boże — podeszli.
— Sasza? Saszeńka! Jestem tu, na punkcie kontrolnym. Nie pozwalają wejść, potrzebne podanie, żeby mnie zarejestrowali. Mhm. Cariewa Uljana Konstantinowna, tak na wszelki wypadek. Jak się czujesz? Mhm. Poprosisz? Dobrze, poczekam tutaj.
Ale szpitalne tryby obracały się powoli — były zbyt wielkie, zbyt ciężkie, by poruszyła je pojedyncza ludzka siła. Zanim się przekręciły… Uljana zdążyła już obejść całą okolicę, posiedzieć wszędzie, znaleźć sklep spożywczy, kupić sobie gorącą parówkę w cieście — sto pięćdziesiąt rubli, wyobraźcie sobie, dwa razy tyle co w Wołogdzie! — zjeść ją i pozwolić sobie potem na jeszcze jedną, choć żal ściskał ją za gardło.
Siedziała na ławce pośrodku ciemnej plamy — w cieniu topoli, puch leciał jej prosto w oczy jak śnieżyca — i zabijała czas telefonem. Otworzyła Avito i zaczęła oglądać mieszkania w Wołogdzie. Na przykład za cztery miliony trzysta tysięcy było jednopokojowe, trzydzieści siedem metrów, przy ulicy Archangielskiej, z nowoczesnym remontem, przeszkloną loggią, podwieszanymi sufitami w całym mieszkaniu, taką białą kuchnią ze sztucznego kamienia, z całym sprzętem, widokiem na całkiem przyjemne podwórko — widać, że mniej więcej nowy blok — kabiną prysznicową z parą i siedziskiem, ładnymi stalowymi drzwiami… Zdecydowanie lepsze niż to, w czym Uljana przeżyła całe życie, a do tego prawie centrum: kawałek ulicą Marszałka Koniewa, która dalej przechodzi w Hercena, i już rzut beretem do ulicy Mira.
A tu następne, już przy samej ulicy Marszałka Koniewa, całe czterdzieści pięć metrów, oho, i tylko za trzy i pół miliona. „Wchodzisz i mieszkasz!” — napisali, ale remont, szczerze mówiąc, taki sobie, styl babciny, jak powiedziałaby Kristinka. Ale, cholera, czterdzieści pięć metrów to jednak czterdzieści pięć metrów. Dwa pokoje, salon można urządzić po ludzku, znaleźć jakąś porządną kanapę, ściany pomalować na biało, na przykład, i zrobić coś przytulnego: tu powiesić w ramce stylową czarno-białą fotografię, tu posadzić pluszowego kotka, tu regały, tu rzucić jakieś modne czasopisma — od razu będzie zupełnie inne wrażenie. No i Koniewa to już w ogóle blisko życia.
O, a za cztery siedemset jest to, całkiem świetne, już z bielonymi ścianami, z europejskim remontem, przy Karola Marksa, we Friazinowie, pięćdziesiąt jeden metrów, prawie nad rzeką, z okien będzie widać nawet złote kopuły cerkwi św. Mikołaja, jeśli to będzie górne piętro i okna będą wychodzić w tamtą stronę. Tu można by już na pewno ułożyć sobie normalne życie, to nie jakaś prowizorka; mama miałaby gdzie przenocować, można by zapraszać tu przyjaciółki na wieczór panieński, a i z rodziną chyba nie byłoby ciasno.
Przed oczami Uljany popłynęły jeszcze nie sfotografowane kadry z przyszłości: przyjeżdżają w gości Alinka i Kris, jedzą sushi z dostawy, piją winko, gadają — a potem na całą noc do klubu; mama pichci coś w kuchni, jest przytulnie; Uljana leży na kanapie i ogląda Biały Lotos, bo do takiego mieszkania Wspaniałe stulecie już nie pasuje, trzeba będzie karmić w nim duszę czymś bardziej ambitnym, o czym słyszała, ale nie chciało jej się zagłębiać… I oczywiście nie ogląda sama, tylko wtulona w kogoś, chrupie z nim chipsy w rytm, śmieją się jednym głosem. Z kim? No przecież z Saszą, z Saszą!
Oderwała wzrok od mieszkań.
Właściwie powinna pójść kupić mu cukierki. Wstała z ławki, wróciła do sklepu i nabrała różnych: „Miś z Północy”, czekoladowe batoniki, „Wiewiórka” — Sasza przecież uwielbiał słodycze… Nabrała ich i czekając, sama zjadła połowę. Potem nagle pomyślała: to nie ja mam ochotę na słodkie, tylko on, to dziecko. Przecież w połowie składa się z Saszy, więc chyba po nim to odziedziczyło.
Położyła rękę na brzuchu i nasłuchiwała. Tam oczywiście na razie panowała cisza.
I nagle naprawdę zapragnęła zobaczyć Saszę, żeby podzielić się z nim tym odkryciem. Ale musiała jeszcze czekać — aż się dowiedzą, aż przeczytają, aż pomyślą, aż zdecydują, aż zatwierdzą. Mieli tu takich Saszy jak nabojów w taśmie do karabinu maszynowego — niech tylko doczeka się swojej kolejki.
Ale w końcu się doczekała.
Szpital był bezkresny: budynek za budynkiem, korytarz za korytarzem, sala za salą. A cały wypełniony był dziwnymi ludźmi. Uljana widziała coś takiego w dzieciństwie, kiedy chłopaki z sąsiedztwa oblali mrowisko benzyną i podpalili — i ci oszołomieni, poparzeni mrówkowie, którym udało się przypadkiem przeżyć i którzy nie wiedzieli, co teraz ze sobą począć, przypominali jej tamtejszych pacjentów.
Na piętrze kazali jej najpierw zajrzeć do lekarskiego, porozmawiać z lekarzem prowadzącym, póki jest na miejscu. Prowadzący był młodym chłopakiem, z twarzą jak u uczniaka; cały czas próbował marszczyć brwi, żeby wyglądać na bardziej doświadczonego, ale czasem zapominał i wtedy spod tej miny wyłaziła kompletna dezorientacja, jak na egzaminie, kiedy nie opanowało się materiału.
— No… Prosił mnie, żebym nie zdradzał szczegółów, że tak powiem… — powiedział. — Ale pewne rzeczy powinna pani wziąć pod uwagę. Ogólnie stan pacjenta nie jest najlepszy. Tak. Jakby… Jedna operacja już się odbyła, trudna. Przed nim jeszcze jedna. Jeszcze trudniejsza. Więc teraz dostaje leki… Morfinę. Dlatego nie jest całkiem… Przytomny. Proszę po prostu o tym pamiętać, dobrze?
— Dobrze — odparła Uljana.
Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
— I niech pani pamięta… Zanim my tu to, zanim tamto… Godziny odwiedzin już się dzisiaj skończyły, więc robię dla pani wyjątek.
Zrobił pauzę, poczekał, aż Uljana przyswoi tę informację. Zwykle nie trzeba jej było dwa razy tłumaczyć takich rzeczy, nie wypadła sroce spod ogona, sama rozumiała, ile kosztują wyjątki w tym życiu; ale na karcie miała trzydzieści cztery tysiące, musiała rozsądnie nimi gospodarować.
— Nic nie mam. Wszystko wydałam po prostu na cukierki. Słowo daję — powiedziała Uljana. — Mogę panu dać cukierka.
— Proszę dać — westchnął lekarz prowadzący.
Wziął czekoladowy batonik.
Zaprowadził Uljanę korytarzem do Saszy. Cały korytarz się na nią gapił — wszyscy ci ludzie w niebieskich szpitalnych piżamach. Jeden łypał łakomie, drugi ukradkiem zerkał ze wstydem, trzeci wpatrywał się bez mrugnięcia, spod byka. Faceci. Miała krótką spódnicę, stukała obcasami, ubrała się tak, żeby Saszy zachciało się żyć. Żyć i się ożenić.
— Łazarenko! Masz gości! — oznajmił lekarz.
Uljana weszła za nim. Weszła i od razu wszystko zobaczyła: Sasza nie miał nóg.
Chwyciła framugę drzwi.
Sasza leżał przykryty prześcieradłem — które zapadało się w dół. Jedna noga ucięta do kolana, druga — prawie przy samym biodrze. Uljana najpierw zobaczyła to, a dopiero potem twarz Saszy: pozbawioną krwi, zapadniętą, z czarnymi worami pod oczami. Na czole bandaże, jak papierowe paski na czole nieboszczyka w trumnie.
Uśmiechał się błogo.
— Saszeńka… Boże…
Groza obmacała Uljanę od środka, ogarnęło ją współczucie, do gardła podeszły jej ostre mdłości, zakołysało nią, zakołysało. Też próbowała się do niego uśmiechnąć, ale wiedziała, że wychodzi krzywo. Oczy ją piekły, ściskało jej kości policzkowe. Nie od razu zdołała zmusić się, żeby do niego podejść. Sasza nie zauważył tego wahania, po prostu bardzo się ucieszył na jej widok. Naprawdę się ucieszył.
Chwycił wiszący nad łóżkiem uchwyt, chciał podciągnąć się trochę wyżej. Przytrzymał się i puścił. W końcu Uljana zebrała się na odwagę, podeszła do niego na drewnianych nogach, jakby sama miała protezy, uklękła przy łóżku, objęła go i przycisnęła usta do jego ust.
Byli tam jeszcze inni — dwóch pokiereszowanych chłopaków, jeden z pustym rękawem, drugi z opaską na oku, jak pirat. Zachichotali, coś niewyraźnie do siebie powiedzieli; Uljana nie wiedziała co, bo akurat krew dudniła jej w uszach, wszystko poza Saszą słyszała jak przez watę. Poszeptali i wyszli.
Jego usta były miękkie i ledwo żywe, jak po zastrzyku znieczulającym u dentysty; bezsilnie nimi kłapał, nie potrafił porządnie ani się całować, ani składać słów. I dziwnie się nimi uśmiechał.
— Ulka… Uljasz… Poprosiłem ich, żeby ci nie mówili. Żeby cię nie straszyć… Pomyślałem… Że może nie przyjedziesz, jeśli się dowiesz.
— No jak… No co ty… — wyjąkała. — Jak to miałabym nie przyjechać?
Teraz popłynęły łzy — przeciągnęły jej przez oczy rozpalony drut i otworzyły je na oścież. A ona sama zadała sobie pytanie: a gdyby wiedziała wcześniej, czy przyjechałaby? No oczywiście, że tak. Oczywiście, że by przyjechała, co za pierdoły! No przecież na pewno by przyjechała!
— No jaka to różnica… — zdołała powiedzieć Uljana. — No skoro tak, to tak. Czyli teraz będzie tak… A! — zaszlochała i uniosła torebkę z cukierkami. — Patrz, co przyniosłam. Są tu te, które lubisz.
Wysunął spod prześcieradła drugą rękę, jakąś pokrojoną, i zaczął brać cukierka z jej dłoni — jak dzieci w automacie z nagrodami próbują chwycić zabawkę bezwładnie dyndającym chwytakiem.
— Jak to się stało?.. — zapytała Uljana.
— Nie wiem, naprawdę… Nie pamiętam. Wstrząśnienie mózgu, rozumiesz? Mówią, że coś uderzyło. Pamiętam, jak tam jechaliśmy… Na takim motorowerze. A potem… Potem nie wiem. Doktor mówi, że sobie przypomnę. Twój telefon, widzisz, jednak sobie przypomniałem.
— Dzięki Bogu. Dzięki Bogu.
Pocałowała go jeszcze raz, i jeszcze. Wciąż się uśmiechał. Pogłaskała go po policzku; jakby nie czuł dotyku. Z tyłu ktoś odchrząknął — odwróciła się. Jednak wleźli tu jego sąsiedzi, podglądali. Nawet zachichotali.
I wybili ją z tej ciepłej, współczującej fali.
Otrzeźwiała.
Niby nadal patrzyła Saszy w oczy, ale tak naprawdę już zaglądała w głąb siebie. Przecież on jest inwalidą. To już koniec, tak będzie na zawsze. Jest inwalidą. Jak wyjść za niego za mąż? Co to za życie z inwalidą? Codziennie rano przenosić go z łóżka na wózek, a wieczorem z wózka do łóżka. Jakie życie czeka inwalidę? A ją, Uljanę, która ma dopiero trzydzieści lat — jakie życie czeka ją z inwalidą? A noce…
Wszystko w niej opadło. Pewnie nawet uśmiech jej zgasł.
— Co jest? No nie smuć się — powiedział Sasza.
— Ależ nie… Wcale się nie smucę, co ty! Myśleliśmy, że już po wszystkim, że zginąłeś… To szczęście — odpowiedziała.
— Godziny odwiedzin się skończyły! — odezwał się za jej plecami kobiecy głos, bezduszny, taki jak w centrum obsługi albo u konduktorki w pociągu.
Stała tam pielęgniarka. Uljana pokiwała głową.
— Tak, tak… Już! — obiecała Uljana. — Jeszcze tylko minutka!
Wybłagała tę minutkę, pielęgniarka odeszła. Trzeba było powiedzieć, po co przyjechała, ale szczęka jej zesztywniała. Sasza leżał i wciąż uśmiechał się do niej rozmarzony, jakby Uljana tylko mu się przyśniła, jakby nie była tu naprawdę i jakby bał się ją spłoszyć, rozproszyć. Czy on w ogóle zrozumie?
Uljana pochyliła się nad nim, żeby ci półgłówki stojące w drzwiach nie słyszały. I szepnęła:
— Saszeń… No bo ja… Jestem w ciąży…
Sasza odchylił głowę, żeby Uljana mu się nie rozmazywała, chyba spojrzał na nią całkiem oszołomiony, z niedowierzaniem.
— Co?
— Wyobraź sobie… Będziemy mieć kogoś małego… — pociągnęła nosem.
— Naprawdę? — wyszeptał sennie.
— Cieszysz się, Sasza? No, chociaż się cieszysz? — zaniepokoiła się.
— Ale jazda — powiedział. — Chłopiec czy dziewczynka?
— Skąd mam wiedzieć, Sasza? To najwyżej trzeci miesiąc…
— Myślę, że chłopak. Pewnie chłopak…
Znów pojawiła się pielęgniarka i rozpędziła gapiów.
— No i co, nagadaliście się już? Koniec, pora, wypraszamy ostatnich!
— No poczekaj… — zmarszczył brwi Sasza. — Dzieje się u mnie coś takiego… Proszę, no? Żal ci czy co?
— Daję wam ostatnią minutę — zlitowała się pielęgniarka. — Minuta i koniec, kaput. Za minutę wracam z zastrzykiem, żebyś mi dzisiaj porządnie spał. Jasne?
— Jasne! — obiecała Uljana. — Minuta, tak!
Po omacku odszukała rękę Saszy, zbierając się na odwagę. Chciała, żeby Sasza zacisnął swoją dłoń na jej dłoni, chciała poczuć w nim choć odrobinę siły. Żeby uwierzyć, że ich ślub może być prawdziwy. Taki, po którym będą mogli razem żyć.
— Sasza… — wydusiła. — Sasza! Wiem, że to chyba nie jest dobry moment… Ale… Sasza, pobierzmy się, dobrze?
Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, z okrągłymi źrenicami szerokimi jak otwory po kulach; uśmiechnął się bezradnie.
— Pobrać się?
Uljana pokiwała głową. Jak mu to wyjaśnić prościej?
— Zarejestrujemy się. Żeby w papierach miał ojca. No, to znaczy… Żeby wszystko było legalnie. Mama, tata. Żeby urodził się w małżeństwie, rozumiesz? Zrobimy to?
Przestraszyła się: czy naprawdę tak to powiedziała? Czy może inaczej? Czy Sasza zrozumiał, że bierze teraz pod uwagę również jego śmierć?
— Zróbmy to — zgodził się i jakby się ucieszył.
Znów ogarnęło ją ciepło: na myśl o dziecku, któremu właśnie pozwolono się urodzić, i o tym rozproszonym szczęściu Saszy. Minął krótki cień, który na nią padł — czyżby była suką, mówiąc mu o tym, o możliwości śmierci?
— Zaczekaj… — nagle zmarszczył brwi. — Jak mam się żenić bez nóg? Jak będę wychowywał dziecko bez nóg?
Powiedział to tak głupio, zdezorientowany, i zamrugał. Jeszcze chwila, a się domyśli; jeszcze chwila, a oprzytomnieje; zaraz się rozpłacze. Trzeba było ratować jego i siebie przy okazji.
— Ale czy to teraz jakiś problem! — wyrzuciła z siebie Uljana. — Zrobią ci protezy. Wiesz, jakie teraz robią świetne, nowoczesne! Można chodzić, tańczyć! Sama widziałam w wiadomościach!
— A jak was będę utrzymywał bez nóg? — nie dawał za wygraną Sasza.
— Państwo pomoże — powiedziała Uljana. — Teraz wszystkim pomagają.
Sasza zamyślił się. W drzwiach ktoś chyba splunął, a może chrząknął jak świnia. Błysnęła błyskawica i poraziła ją: co ty robisz! Co! Ale i to minęło, znów tylko na chwilę.
— No dobrze — uspokojony skinął brodą. — To pobierzmy się. Tak chyba będzie właściwie, co?
— No tak.
Znów pojawiła się pielęgniarka — z błyszczącą metalową tacą w rękach, a na tacy przygotowane i naciągnięte strzykawki.
— Koniec! — powiedziała groźnie. — Teraz już naprawdę koniec!
— A ja się żenię — oznajmił Sasza pielęgniarce i wskazał na Uljanę. — Właśnie z nią.
— Oho. Gratuluję. A kiedy ślub, jeśli można wiedzieć?
— Można tu przyspieszyć rejestrację? — przypomniała sobie Uljana. — Dla uczestników SVO? Czytałam o tym, jest napisane w internecie.
— To trzeba załatwić z głównym lekarzem. Teraz już jutro.
— To jutro przyjdę z samego rana! — Uljana znów pocałowała uśmiechniętego Saszę. — Z samego rana, okej? Śpij dobrze, wyśpij się!
Korytarze zacisnęły się i napierały, od zapachu chloru zbierało jej się na wymioty, a żołnierze wypalali jej plecy spojrzeniami, aż skóra ją piekła; ledwo dobiegła do wyjścia, wypadła na zewnątrz i opadła na ławkę. Wyjęła swojego e-papierosa, którego nie ruszała od trzech dni, i zaczęła w niego oddychać jak w maskę tlenową.
Po co? Coś ty narobiła? Nawet tytoń nie przywracał jej jasności myślenia. Po co, coś ty narobiła. Zmierzch już osiadał na szpitalu, na Uljanie, a ona wciąż siedziała i przeciągała przez siebie słodkie powietrze. Po co i co.
A tuż obok przeskakiwał na kuli facet z jedną nogą. Zauważył Uljanę, podskoczył do niej i zagadnął.
— Słuchaj, piękna! Masz normalnego szluga? A nie to elektroniczne gówno?
Uljana podniosła ociężałą głowę, spojrzała na jedną trzecią nogi w zaszytej nogawce i zrozumiała: zaraz zwymiotuje.
— Co, wstrząśnięta jesteś czy jak? — zapytał ją jednonożny.
— Czego się, kurwa, do mnie przypierdalasz, co?! — wrzasnęła na niego Uljana. — Odwal się ode mnie, rozumiesz?!