Tłumaczenie wygenerowane przez AI · Rosyjski oryginał

← Spis treści

Dmitrij Głuchowski · Rejestracja

6.

Wracała tym samym.

Już nie widziała, z kim jedzie ani co mija. Działało tylko jedno jedyne radio — w głowie samej Uliany. Nadawało urywkami, jakby przez zakłócenia, jakby ktoś je zagłuszał.

Jak to jest mieć w domu inwalidę do końca życia? Teraz, na lekach, jest szczęśliwy, ale kiedy naprawdę dotrze do niego, kim się stał, jakim będzie człowiekiem? Dobra, będzie renta, nie umrze z głodu, ale czymś będzie musiał się zajmować, prawda? Cały dzień jeździć po mieszkaniu na wózku inwalidzkim, gapić się w telewizor, grać z dziadkami w domino na podwórku: taki ma być jej mąż, czy co? Odstawi te swoje zastrzyki — na pewno zacznie chlać, trzeba będzie zastąpić jedno znieczulenie drugim; przecież nie będzie się szykował na paraolimpiadę? — no więc się zapije. I zawsze będzie zły, Uliana nie znała dobrotliwych inwalidów. Niech sama spróbuje wyobrazić sobie, że jest bez nóg, na okrężnym torze między lodówką a telewizorem — nie dostałaby od takiego życia pierdolca? A kto będzie za to wszystko winny? Ten, kto jest obok, ten będzie winny, ten będzie zbierał po łbie. To jak pudowy ciężar u szyi, ile to będzie kosztować? No tak, to stabilizacja, ale taka jak w pierdlu — a z inwalidą można się rozwieść? I głupio będzie go rzucić, a potem nie poszaleje sobie z alimentami na dziecko. Dobra, Sasza jest jeszcze dobry, jest dobry, jest łagodny, może sobie poradzi, nie zgorzknieje i nie będzie wyżywał się na Ulianie — tymi swoimi kikutami, wybacz, Panie Boże — za tę krzywdę, ale być do niego tak przywiązaną już na zawsze… Przemknęła jej myśl, że „ciężko ranny” znaczy bez ręki albo nogi, ale zabraniała sobie myśleć dalej w tamtym kierunku, żeby się nie zmaterializowało, a ono już się stało i po prostu na nią czekało jak pułapka na szczury, z przynętą na pedale — kawałkiem słoniny, osiem milionów rubli, idiotko, i co ci po tych ośmiu milionach, przecież tyle dają za trumnę, za ranę mniej, za inwalidztwo też mniej…

Wzięła telefon i sprawdziła, ile właściwie dają za inwalidztwo. Były różne kwoty, więc włączyła VPN i zweryfikowała to z AI, tak jak pokazywała Kristinka. Od razu podała, że sześć milionów, jeśli chodzi o całkowitą utratę zdolności do pracy. No dobra, sześć… Sześć to niemało… Ale przecież te sześć to świadczenie dla niego, dla Saszy, a pewnie trzeba będzie jeszcze podzielić się z rodzicami, bo oni też będą na jego utrzymaniu, tak to wychodzi. A jak dzielić? Po równo? Zapytała AI, jak dzieli się świadczenie za inwalidztwo uczestnika SVO między żonę a rodziców. Zależało to od liczby dzieci, ale jasne było, że nie wszystko przypadnie Ulianie. A przecież nawet go nie zapytała o matkę, czy wie, że go odnaleźli — nagle sobie przypomniała. Po drodze tam pamiętała, kiedy jadła parówki w cieście, miała to z tyłu głowy, ale weszła na salę i zapomniała. Nikt jednak nie zagadnął jej o matkę — ani Sasza, ani sąsiedzi z sali, ani lekarz prowadzący, ani pielęgniarka. Ale on sam powinien przecież pomyśleć o matce, jest przytomny, choć dziwny, a szpital jest wojskowy, więc gdzieś odnotowali, że żyje i że go odnaleźli, zawiadomią po kolei wojskową komendę uzupełnień, a tam przekażą Tatianie. Pewnie już ją powiadomili, a ona wciąż nie dzwoni do Uliany, milczy. Czy to możliwe, że ona też już przyjechała? Albo stoi teraz na dworcu w Wołogdzie i czeka na ten sam pociąg, żeby rano zjawić się u Saszy? A może była u niego wcześniej, pierwsza? Trzeba było zapytać lekarza prowadzącego, idiotko, czemu nie zapytałaś, miałabyś chociaż jakąś pewność, a tak… A przecież i te osiem milionów trzeba będzie podzielić, i to jeszcze, jeśli zdąży wyprzedzić Tatianę i zarejestrować małżeństwo. Ale osiem podzielone na pół to cztery, a jeśli będzie dziecko, podpowiedziała AI, Ulianie przypadną wtedy dwie trzecie, a rodzicom tylko jedna trzecia; dwie trzecie z ośmiu to ile… Ile, ile, ocknęła się, co ty właściwie liczysz, co tu wyliczasz, już go pochowałaś, co, Saszkę, już dzielisz z Tatianą pieniądze na pogrzeb, co? Co z ciebie za menda, w niczym nie jesteś lepsza od jego matki. Przypomnij sobie lepiej, jak się do ciebie uśmiechał, jak się cieszył, że cię widzi, jak ucieszył się na dziecko, jak się martwił, że bez nóg nie będzie mógł go utrzymywać i wychowywać. Jak w ogóle można myśleć o pieniądzach? No pieniądze i co z nimi, co ci po nich, jesteś młoda, masz nogi, ręce i cipę, wybacz, Panie Boże, jakoś się przecież wyżywisz, nie potrzebujesz tych milionów. No, kupisz sobie mieszkanie, nie będziesz musiała wynajmować. I co z tego, co się zmieni? No, własne mieszkanie to oczywiście zupełnie inne życie, spokój, jesteś panią siebie, od nikogo nie zależysz. Ale co tak naprawdę się zmieni… Tylko jaką cenę trzeba za to zapłacić? Nie taką przecież? Nie zależeć od nikogo, już od nikogo nie zależeć, samą sobą rozporządzać — właśnie o to chodziło, to było to, ale jeśli jesteś na całe życie przywiązana do faceta bez nóg, choćbyś miała własne mieszkanie, to co to jest, czy to naprawdę marzenie? A jak pójdzie ta operacja? Lekarz mówił, że jest skomplikowana i wszystko może się jeszcze zdarzyć. A może nie mówił, tylko Uliana sama tak zrozumiała? A co to znaczy „wszystko”? Może jeszcze coś gorszego, może odetną mu coś jeszcze, może zostanie na zawsze przykuty do łóżka, na przykład, i będzie się załatwiał pod siebie, a ona będzie sprzątać. A jak się ruchać z facetem bez nóg? Głupio tak mówić, głupio, ale o tym też trzeba myśleć, przecież jest jeszcze młodą babą, zdrową, ma swoje potrzeby; wibrator, kiedy czekała na wieści od Saszy, zajechała na śmierć. Dochowała mu wierności, ale co innego dwa miesiące, a co innego całe życie. Przestań, nie o tym myślisz, wstyd o tym myśleć, ale przecież wszystko może się zdarzyć — może się nie wykaraskać, i o tym też wstyd myśleć, jeszcze gorzej. A niby czemu wstyd? Uliana ma tylko siebie, na matkę nie ma co liczyć, z jej pensją; postoi jeszcze rok czy dwa za ladą i pójdzie na emeryturę, a emerytura taka, że sobie nie poszalejesz. Kto ma karmić, córka ma karmić. I dobrze, normalna sprawa, ale skąd wziąć kasę na to wszystko? No właśnie stamtąd, jeśli już będą brać ślub, z tych pieniędzy. A co w tym złego? Kto będzie to wszystko ciągnął na własnych plecach? Na pewno nie Tatiana Nikołajewna! A swoją drogą, ciekawe, ile zapłacili za swoje mieszkanie. Kupili wprawdzie ruinę, ale na Zarzeczu, prawie w centrum, pewnie wpakowali się w kredyt hipoteczny i jeszcze długo będą go spłacać. Ale tym Uliana na pewno nie miała zamiaru się przejmować: sama sobie winna, dla pieniędzy wcisnęła syna do wojska, wysłała na rzeź, a teraz się wścieka. Gdyby zobaczyła Saszkę, jak się uśmiecha, dopiero by jej było! No i przyjechała czy nie? Nie można tego dłużej odkładać, trzeba od razu rano zapisać się do naczelnego lekarza.

Zapytała AI, jak dokładnie bierze się ślub z uczestnikiem SVO leżącym w szpitalu. Dostała pełną instrukcję: nie trzeba jechać do urzędu stanu cywilnego, można zarejestrować małżeństwo nawet tego samego dnia, można też bezpośrednio w szpitalu; administracja wzywa urzędnika, nie trzeba czekać miesiąca. Teraz specjalne rozporządzenie rządu to umożliwia, prezydent też o tym mówił: stworzono wszelkie warunki. No, chociaż tyle, chociaż pod tym względem — z ulgą, że zdąży, myślała Uliana, nagle wdzięczna państwu, które zwykle uważała za oszalałą młockarnię: chowaj się przed nim i uskakuj, bo cię przemieli, a tu proszę — troska o ludzi. No to dziękujemy, nie będziemy odmawiać. A te trzy miliony za inwalidztwo to przecież nie pieniądze, tylko cała kupa forsy, jeśli wpłaci się dużą pierwszą ratę, a potem będzie można po trochu odkładać z pensji. Do tego Sasza będzie miał rentę. Wcale nie musi umierać, Uliana wcale nie musi być mendą, wręcz przeciwnie, wręcz przeciwnie — on się wykaraska, a ona co? Naprawdę go rzuci, rzuci tego Saszkę, który tak ją kocha, który zadzwonił do niej przed matką, który ze wszystkiego, co przeżył od dzieciństwa aż do trafienia, zapamiętał tylko jej numer telefonu, naprawdę go rzuci i pójdzie żyć swoim wesołym życiem? Nie, są już przecież związani, a Uliana go nie zostawi, będzie się nim opiekować. I wcale się nie zapije. Tak, cholera wie, może naprawdę pojedzie jeszcze na paraolimpiadę, to już zależy od tego, jak bardzo będzie się starać. Samej byłoby strasznie, tak, w latach dziewięćdziesiątych kobiety miały ciężko z weteranami wracającymi z Czeczenii, ale teraz, mając takie środki, nie damy sobie rady? Oczywiście, że damy. Jutro trzeba zaraz z rana, prosto do szpitala i od razu na rozmowę z naczelnym lekarzem, żeby mieć absolutną pewność, że ze wszystkim zdąży. Daj Boże, żeby operacja Saszy się udała, daj Boże, żeby wszystko poszło dobrze!

• • •

Maksim podważył z półmiska kawałek czerwonej ryby i, niosąc go na swój talerz, dyskretnie powąchał. Nie, to nie ryba tak pachniała.

W lokalu było tłoczno i wesoło. Kelnerzy nowej moskiewskiej szkoły — nie wytresowani, nie usłużni, nie przymilający się, tylko powściągliwie uśmiechnięci, jakby po prostu przyjaźni i gościnni — materializowali się obok, ledwie o nich pomyśleć, i znikali w restauracyjnym gwarze, gdy tylko się o nich zapominało. Wszystko było tu urządzone ze smakiem, musiał przyznać Maksim. Podawali piękne dania, nalewali do cienkiego szkła, puszczali przyjemną elektronikę. Nic się nie zmieniło: Moskwa kwitła. Moskwa huczała.

Nalał sobie białego do kieliszka i wstał.

— No co? Vadik! Ile lat dzisiaj kończysz, tego głośno nie będziemy mówić…

— I słusznie! — przerwał mu łysy solenizant. — Wiek jest jak pogoda w ajfonie. Nieważne, co pokazuje, ważne, jak się czujesz! A ja czuję się na dwadzieścia siedem!

— No właśnie — uśmiechnął się Maksim. — A wiesz… Kiedy znasz kogoś od dawna… W jego twarzy widzisz właśnie te rysy, które znasz od dzieciństwa, od młodości. No, ja na przykład patrzę teraz na ciebie i widzę ucznia dziesiątej klasy. Tu i ówdzie zmarszczka, nie będę aż tak kłamał, ale jesteś ten sam. Nie tylko ten sam co w wieku dwudziestu siedmiu lat, ale ten sam co w wieku szesnastu.

— „Dzieci, wasza mama znów ma szesnaście lat…” Hha — podchwycił Kolan.

— Tak. No i wszyscy wiemy o sobie, że w środku jesteśmy tymi samymi ludźmi co w wieku szesnastu czy dwudziestu siedmiu lat. Wynika z tego, że nasi przyjaciele — najbliżsi, szkolni… Przecież od pierwszej klasy… Jak my tutaj… Widzą nas przez całe życie tak samo, jak sami siebie widzimy — poza czasem, poza wiekiem. Widzą naszą istotę. Rozumieją, że żadnego wieku nie ma, że to wszystko iluzja. Krótko mówiąc, Vadik! Nie masz nawet dwudziestu siedmiu lat, masz teraz po prostu siedem, tak jak ja, i bardzo cię kocham!

— Gorzko! — krzyknął Kolan.

— Gorzko! — zawtórował mu rechotem cały ich stół.

Maksim stuknął się kieliszkiem z Vadikiem, pociągnął porządny łyk i klapnął na swoje miejsce. No, odfajkowane. Osuszył spocone czoło.

Wyglądało na to, że poza nim nikt już nawet nie pomyślał o niestosowności całej tej sytuacji.

Obejrzał się na żonę — z ożywieniem gawędziła z Kirą, a jej kieliszek jak zwykle stał pełny. Kiedy wznoszono toast, tylko umaczała w nim usta — żeby nikomu nie dawać powodów do pytań — i po cichu odstawiała. Przy tabletkach nie mogła pić.

Dawno nie wychodzili. Ale to okrągłe urodziny kolegi z klasy, a poza tym siedemdziesiąt procent życia już minęło, zaraz skończy się całe. Nie wymyślali wymówek, przyszli. Dobrze zrobili? Co byłoby właściwe, po ludzku?

Właściwie on i Marina mogli sobie pozwolić na restauracje, a jeszcze przed wojną starali się nie jeść w piątki i soboty w domu: zwykle zagryzali jakimś kolejnym modnym fusion koncert w konserwatorium albo premierę w którymś z eksperymentalnych teatrów. Wojna nie tknęła restauracji, stały jak dawniej i wciąż było w nich równie smacznie, a pieniędzy w ich rodzinie, szczerze mówiąc, wcale specjalnie nie ubyło. W nieobjętej wojną Moskwie można było prowadzić równie hedonistyczne życie jak przed wojną, wszystkie możliwości były dostępne, a mieszkało tam wystarczająco dużo zamożnych ludzi, żeby wszystkie lokale były nabite po brzegi, w środku i na zewnątrz. Jak mówią hostesy: mamy komplet rezerwacji. Zmienił się chyba tylko nieco klientela — twarzy ogładzonych przez dwie dekady europeizacji było mniej, za to przybyło nieokrzesanych. Na restauracyjnych tarasach zdawały się teraz zasiadać te same osoby, które zarządzały chińskimi okrętami flagowymi, i spoglądały stamtąd na świat z tym samym wyrazem twarzy — triumfalnym i nieznoszącym sprzeciwu. A apetyt dopisywał im znakomicie, mimo całej tej wojny.

To Maksimowi odechciało się jeść.

A niby skąd miałby się wziąć apetyt? Od zdjęć płonących ukraińskich miast? Od ujęć z dronów, na których ludziki wiją się na ziemi? Od bezkresnych pól obsadzonych krzyżami? Od tego, że telewizja każdego dnia sprzedawała ludziom cały ten koszmar jako spełnienie ich własnej woli? Od całej reszty niekończących się kłamstw, podawanych z obrzydliwym uśmieszkiem? Od przymusu, żeby w te kłamstwa wierzyć, a przynajmniej z nimi nie dyskutować? Od tego wszystkiego Maksimowi skręcało żołądek, gardło nie chciało się porządnie rozluźnić — tak właśnie, fizjologicznie.

W pierwszym roku wojny kilka razy pokłócił się nawet ze znajomymi, którzy uparcie żarli w restauracjach, nie chcąc rezygnować ze swoich nawyków żywieniowych. Mówił im ze złością: tak, Patriarsze Prudy stoją jak stały, ani drgną, tylko że zamiast cielęciny podają wam teraz ludzinę. Smakuje wam mięsko?

Odpowiadali mu, że nie zamierzają rezygnować ze swojego pokojowego życia — tym bardziej że władza chce im je odebrać; może właśnie tak protestują! Maksim próbował im wytłumaczyć, że władzy przeciwnie, zależy na podtrzymywaniu iluzji normalności; że dopóki wojna nie jest totalna, władza chce, by Moskwa i Petersburg wyglądały na spokojne, syte miasta, a eksterminację ludzi wypchnięto na peryferie masowej świadomości i powierzono wyłącznie specjalnym zabójcom, żeby każdy, kto chce odwrócić się od wojny i na nią nie patrzeć, mógł to zrobić. Ludzie ostentacyjnie przeżuwający swoje papkę w modnych gastrobarach właśnie normalizują wojnę: uznają ją za odległą i niegroźną, a przez to znośną i dopuszczalną — i w ten sposób ją taką czynią. Władza właśnie tego chce: żeby ta wojna była do przyjęcia dla wszystkich.

W pierwszym roku wojny wielu zgadzało się z Maksimem, w drugim — niewielu, w trzecim — nikt, a w czwartym sam Maksim, proszę bardzo, siedział już w restauracji. Kręcił się niespokojnie, ale siedział. Wąchał podejrzliwie, ale jadł.

Oczywiście Maksim nie zamierzał dzisiaj mówić Vadikowi nic o ludzinie. Po co psuć człowiekowi urodziny? Wystąpił. Spocił się. Przełknął ślinę. No właśnie z takich drobnych kompromisików buduje się konsensus, uszczypnął się. Z drugiej strony… Komu i co udowodnił swoją restauracyjną ascezą? Nikt nie przyłączył się do jego zuchwałego bojkotu Dolce Vita, moskwianie żarli jak żarli, i żrą dalej. Oddział gryzoni nawet nie zauważył, że stracił jednego żołnierza.

Kiedy wszyscy słuchali Kolana, nalał sobie jeszcze kieliszek — sam, nie czekając na łaskę kelnera — i wypił naprędce. Marina zauważyła to kątem oka, ale nic nie powiedziała.

Chablis było znakomite, a stopień paskudności obniżył się o jeden stopień dzięki winu.

Wtedy wstała Emma. Zdjęła okulary, przetarła je. Zaczęła mówić, zaschło jej w gardle. Odchrząknęła. Solenizant syknął, wszyscy ucichli i odwrócili się do niej.

— A wiecie — odezwała się wyraźnie, ale cicho. — Chciałabym dzisiaj wznieść kieliszek jeszcze za coś. Za spokojne niebo nad głową.

Potem zapadła sekunda ciszy. Chyba nie tylko przy ich stole, ale i przy sąsiednich usłyszano ten toast. Ludzie zamruczeli z aprobatą, ale również cicho, jakby na pogrzebie ktoś powiedział przy nich coś dobrego o zmarłym.

— Za spokojne niebo! I za ciebie, Emmka! Jesteś wielka! — powiedział jej Maksim. — Wielka!

Klasnął raz, drugi, trzeci — i napotkał wzrok kelnera. Miał dziwną, nieprzeniknioną twarz. Patrzył na Maksima nieruchomo, jak kamera monitoringu, może zapamiętywał jego i całą ich kompanię, żeby później ich rozpoznać.

• • •

Wyszła trochę wcześniej, żeby się przejść. Prospekt Leninski połyskiwał w ciemności, na placu Gagarina żelazny człowiek wyrywał się w granatowe niebo w snopach reflektorów, a wreszcie było czym oddychać. Wzdłuż drogi świeciły billboardy — to twarze bohaterów SVO, to platformy sprzedażowe, to operatorzy komórkowi. Ulianie podobało się, że ktoś wpadł na pomysł, by wykupić reklamę także dla bohaterów, bo to było sprawiedliwe: przelali krew, należało pokazać ich twarze tym, którzy nigdzie z Moskwy nie wyjeżdżali, chyba że do Dubaju. Może któregoś dnia umieszczą tu też twarz Saszy, pomyślała. Byłoby super, Uliana byłaby dumna, a co. Nie trzeba przecież koniecznie umrzeć, żeby zostać bohaterem SVO z billboardu na Leninskim?

Zadzwoniła mama. Uliana nie chciała odebrać, ale odebrała.

— Cześć.

— Jak się trzymasz, Uliasz?

— Dobrze, mamo.

— A jak Sasza?

— Z Saszą tak… Byłam u niego. Powiedziałam mu.

— I co on na to? Ucieszył się?

— Nie wiem, mamo. Nie jestem pewna, czy zrozumiał.

— Nic nie szkodzi, jeszcze zrozumie. Do facetów powoli dociera.

— Mhm.

— A jak tam moja Marinka? A Maksim?

— Trzymają się dziarsko.

— Dobrze cię przyjęli? Tak po rodzinie?

— Tak. Ciocia Marina cały czas o ciebie pytała.

— No dobrze. A u nas tutaj…

Dotarła na podwórko na ostatnich oparach baterii w telefonie. Rozładowała go do zera, kończąc rozmowę z mamą. W ciemności dowlokła się do klatki, zadarła głowę — okna były czarne. Portier skończył już zmianę, budka stała pusta, zasłonki zaciągnięte. Usiadła znów na tej samej ławce, na której siedziała rano — czekać na gospodarzy. Dochodziła dziesiąta, raczej nie będą siedzieć do późna.

Ale ich nie było i nie było. Zaczęło jej burczeć w brzuchu, skręcać z głodu. Zrobiło jej się też trochę niedobrze ze złości na ciocię Marinę, że poszli gdzieś na miasto, nie uprzedziwszy jej.

Zamiast nich na podwórku pojawił się jakiś chłopak. Głośno gadał sam do siebie, śmiał się i szedł coraz bliżej Uliany. Najpierw się spięła, pomyślała, że to narkoman, ale potem przyjrzała mu się uważniej — rozmawiał po prostu przez białe słuchawki. Zwyczajny chłopak, nawet przystojny. Zatrzymał się przy wejściu do klatki Uliany, kończąc rozmowę, otworzył papierowe opakowanie po tytoniu i zaczął skręcać sobie jakiegoś śmiesznego skręta. Skleił go, wygładził, zapalił, zwrócił uwagę na Ulianę, ukłonił się jej teatralnie, ale uśmiechnął się ciepło, po kumpelsku, a sam, przechadzając się tam i z powrotem, jeszcze dopowiadał:

— Nie no, bro, ty też nieźle dałeś czadu. No, to wtedy, kiedy jechaliście we trójkę na hulajnodze, ty i dziewczyny, i wpakowaliście się w krzaki! No! A gliny jeszcze za wami… No… Mogliście tam nieźle wpierdolić… Jak to, nie kumasz? Blackout masz, czy co? A kto tańczył na dachu do Dorna o piątej rano? No, kurwa, no! Mówię ci! No rozumiem, absynt ze Spritem, oryginalne rozwiązanie! Będzie w środę. Oni tam mają w środy. W „Rowniesniku”. Diana będzie grała, tak. No, gra różne rzeczy, wiesz, czasem synth-pop, czasem jakąś wschodnią mieszankę, ale najlepsze mają w piątki, biorą, no, muzykę filmową i podkładają bity. Tak. Jasne, następnym razem chodźmy razem. Umowa stoi. Dobra, bro, dopaliłem. Aha, ściskam. Ściskam.

Podszedł do kosza, starannie wrzucił niedopałek, wrócił do drzwi, przyłożył klucz do domofonu i odwrócił się do Uliany:

— Pani nie tutaj?

Był wysoki, z bujną czupryną ciemnych włosów i przystojny tą zadbaną, stołeczną urodą, niemal nierosyjską, a może francuską. A przy tym miał taką twarz — swojską, jakby znali się od stu lat, z takim człowiekiem łatwo było zagadać. Biała, letnia koszula leżała na nim tak, jakby przycumował żaglówką pod tym blokiem. Uliana nagle pomyślała: gdyby Sasza założył taką koszulę, wyglądałby jak kelner z „Szokoładnicy”.

— My właśnie tutaj — skinęła głową.

— No to nam po drodze.

W gruncie rzeczy było jej wszystko jedno, gdzie czekać — tutaj czy na piętrze. Był lipiec, noce ciepłe. Ale z jakiegoś powodu miała ochotę przyjąć zaproszenie, pójść za tym beztroskim, wesołym młodym człowiekiem tam, dokąd… Dokądkolwiek.

— Mogę? — wstała z ławki.

— Trzeba! — chłopak otworzył drzwi, przytrzymał je plecami i zaprosił Ulianę do środka.

Nic w niej nie podejrzewał. Nie zaczął wypytywać. Po prostu ją wpuścił i tyle.

— Zapomniała pani kluczy? — zapytał ją już na schodach; wspinali się równo, krok w krok.

— Nawet mi ich nie dali. Jeszcze sobie nie zasłużyłam — uśmiechnęła się krzywo.

— Nowi sąsiedzi?

— Niespodziewani goście.

— Naprowadzająca?

— Napadająca.

Czekając na windę, w milczeniu patrzyli, jak zmieniają się cyferki pięter na wyświetlaczu. W ułamku sekundy — co, rzecz jasna, aż nadto wystarczało do przechwycenia sygnału — obrzucił ją spojrzeniem. Z góry na dół, z dołu do góry i z powrotem na wyświetlacz.

Żołnierze w szpitalu — owszem, oblepiali ją spojrzeniami, ale zainteresowanie żołnierzy jest warte tyle co nic, oni wiecznie mają niedosyt. A dla tych zamożnych moskwian, którzy mieszkali za obwodnicą MKAD, była jakby mętną szybką: wszyscy patrzyli na nią spode łba, jak przez szybę — i wszyscy obok niej. Ten pierwszy też dostrzegł w niej normalnego człowieka, nie przyjezdną. No i… Dziewczynę, pomyślała Uliana, też w niej zobaczył. Przez sekundę znów wydało jej się, że w Moskwie nawet Uliana mogłaby się odbić od asfaltu i wzlecieć. Ścisnęło ją w środku — od tej możliwości i od jej braku.

— Tak naprawdę dziękuję, uratował mnie pan — Uliana odwróciła się do niego. — Bo jeszcze bym koczowała na ławce, aż moi wrócą. A tu taki książę.

— Książę na białym… — zaśmiał się chłopak i dało się wyczuć, że pachnie jakimś aromatycznym, chyba nie byle jakim alkoholem. — A pani przypadkiem nie jest Śpiącą Królewną?

— Wychodzi na to, że niespiącą.

W głowie ułożyła jej się nawet odpowiedź: „Z nikim nieśpiącą”, ale zawstydziła się tak żartować.

— Nie jest pan przypadkiem spod znaku Lwa? — zapytała; na sto procent Lew!

— Jeśli już, to towarzyski. Na które piętro?

— Na piąte.

— Do sąsiadów, tak? — zdziwił się, a nagle cała tajemniczość z niego opadła, jakby spryskano go antystatykiem. — Uliana, to ty?! Nie wierzę!

Uliana skamieniała — i nagle ją też olśniło.

— Kiriusza?..

— Oho! No ty…

— A ty to… Jaki Kiriusza… Tu już cały Kirył Maksimowicz…

— Ja pierdolę. Jak mogłem nie skojarzyć…

— A ja patrzę, że coś znajomego…

— Ile to już lat minęło, kurwa? Piętnaście?

— Więcej! Miałam dwanaście lat.

— No w ogóle…

Kirył zaczął otwierać zamek, ale nie mógł trafić kluczem do dziurki, bo wciąż zerkał na Ulianę — nie dowierzając. W końcu wpuścił ją do mieszkania i już w progu dodał:

— Mama mówiła, że przyjechałaś… Że masz tu narzeczonego, tak? W szpitalu…

Jakby po omacku weszła do otwartej studzienki kanalizacyjnej, a w tej krótkiej chwili nieważkości wszystkie wnętrzności podeszły jej do gardła: aż ją zmroziło ze wstydu. Że dopiero co z nim flirtowała, ledwie odeszła od Saszy, a jeszcze bardziej — że jeśli Kirył teraz zrozumie, że podrywa pierwszego lepszego, kiedy jej narzeczony leży ranny. Uderzyła ją fala gorąca, połaskotało… Boże, jaka ty jednak jesteś…

Kirył zaprosił ją za sobą do kuchni.

— Napijesz się czegoś? Koniaku czy czegoś z bąbelkami?

— Ja po prostu herbatę. I jakąś kanapkę, jeśli jest.

— No to zróbmy herbatę.

Sobiech nalał sobie centymetr czegoś bursztynowego i wrzucił lód. Usiedli do herbaty.

— I jak on? — zapytał Kirył. — Twój?

— A jak… — powiedziała Uliana. — Odcięli mu nogi.

— O kurwa. Straszna sprawa — zmartwił się.

Pociągnął porządny łyk. Zrobił jej kanapkę z doktorską kiełbasą i podał.

Przed oczami Uliany zamajaczył Sasza ze swoim pustym prześcieradłem, szczenięcymi oczami i naćpanym uśmiechem. Sama też zapragnęła czegoś mocniejszego, ale nie mogła. Wsypała do herbaty trzy łyżeczki cukru.

— Ile on ma lat?

— Dwadzieścia siedem.

— Tyle co ja, czy co? Ja pierdolę.

No, przynajmniej nie omijał Saszy, jak jego rodzice, nie udawał, że Uliana pojawiła się u nich bez powodu, że przyjechała tak po prostu, w gości.

Wstał, wziął z półki butelkę i dolał sobie. Brakowało mu jednego centymetra, żeby to przetrawić. Uliana milczała. Nie miała nic do dodania.

— Pamiętasz tę choinkę? Przyjechałaś wtedy do nas na choinkę, prawda? Na kremlowską.

— Jasne, że pamiętam! Właśnie dziś sobie o niej przypomniałam…

— Mama wtedy kupiła bilety dla nas i dla was. Ani przedtem, ani potem tam nie byłem. Więc naprawdę kojarzysz mi się z Kremlem… Miałaś wtedy taką złotą sukienkę, prawda?

— Racja! Była złota! — uśmiechnęła się Uliana, wspominając.

— No właśnie! Pomyśl, utkwiło mi w pamięci… I jeszcze… A, jak mama zabrała mnie do was na wieś. Pamiętam tam piwnicę i koguta.

— Jakiego koguta?

— No, jakiegoś. Czarnego. I jeszcze jak jakiś facet piłował drewno piłą łańcuchową, i ten zapach… Benzyny. I drewna.

Może wcale nie myślał o tym, żeby ją osądzać. Może nawet mu to do głowy nie przyszło. Było coś innego: on sam, mały, i Uliana, dwunastolatka w złotej sukience. Kirył uśmiechnął się do niej i do siebie — i zawiesił wzrok. Przyglądał się tapecie. Uliana znów się zaniepokoiła: co teraz?

— Szkoda chłopaka… A to… — Kirył potarł czoło. — Czemu on nie spierdolił?

— Dokąd?

— No, z Raszki.

— Jak?

— No… Jak… Chodzi mi o to, że nie ma paszportu zagranicznego?

— Nie ma.

— A czemu nie wyrobił?

— A dokąd miałby jeździć? — uśmiechnęła się krzywo Uliana. — Ja też nie mam. A do tego kosztuje.

— No, kasa. Ale mógłby się wyrwać. Wezwali go do wojska?

Uliana zastanowiła się przez sekundę i upiła herbaty. To był test. Ale Kiriusza stał po jej stronie i sam podsuwał jej właściwą odpowiedź. Chciał, żeby Sasza nie służył, żeby uciekł. A to wszystko tylko z litości, czy w ogóle był przeciwny służbie, przeciwny wojnie? Jasne, miał nadzieję, że Sasza poszedł służyć pod przymusem, z poboru. Właściwa odpowiedź: zmusili go.

Pochyliła głowę. Chyba trafiła.

— Kurwa… I tak. Przecież jest Armenia, Kazachstan… Tam wpuszczają na dowód. Białoruś! Słuchaj, no… Weź mnie, żeby nie szukać przykładów daleko… Mnie osobiście przyszło wezwanie. Wrzesień dwudziestego drugiego. Pamiętasz, jak wszystkim rozsyłali? Na mogilizację. I jeszcze jednemu mojemu kumplowi — takie samo pismo szczęścia. No więc od razu wsiedliśmy do auta, mama napiekła nam syrników na drogę, narobiła kanapek i fruuu do Gruzji. Kiedy milion ludzi stał w korku w Wierchnim Larsie, my też byliśmy tam razem z nimi. Trzy doby w samochodzie. Zeżarliśmy wszystkie kanapki, potem prawie zjedliśmy siebie nawzajem. Ale jakoś się przecisnęliśmy. Byle nas nie powołali. Bo to był, kurwa, straszny koszmar.

Uliana skinęła mu głową.

— Jasne.

— No i tyle, rozumiesz? Wystarczyło przeczekać największy młyn, póki wszystkich zgarniali, gdzieś indziej. Im wszystko jedno, kto przyjdzie, a kto nie, oni po prostu liczą stan osobowy. Kto się stawi — ten się stawi. Wcale nie musieli brać twojego chłopaka… Po prostu kogokolwiek… Jakiegoś frajera, który nie kuma, co się dzieje w kraju. To znaczy… Sorry, nie to miałem na myśli…

Uliana wzruszyła ramionami.

— No bo mam jedno życie, Uliana… Co, mam je tak po prostu stracić, serio? Przecież to, co opowiadają w telewizji, to kompletna bzdura, i rozumiem, że to jakaś chujoznawstwo, ty też to rozumiesz, oni sami też wszystko rozumieją, ale wszyscy udają, że to na poważnie. Tylko bez urazy! Dlatego tak mi szkoda twojego chłopaka. Za co go to spotkało, po co? Ani za co, ani po co. Tak po prostu, bo nasz dziadek oszalał. Jak on się nazywa, mówiłaś? Sasza?

— Sasza.

— No właśnie, po co twój Sasza w to wszystko wlazł?

Strach Uliany przed stołecznym krewniakiem, strach przed osądzeniem za myślozbrodnię: za puszczalstwo, za zdradę Saszy — odpływał. A wspomnienie złotej sukienki, radość z tej krótkiej bliskości, z kawałeczka czułego dzieciństwa, który dzieliła z tym obcym człowiekiem, też zwiędło i znów stało się starym zdjęciem polaroidowym: zostały same rozmyte kontury. Nawet to, że Kirył zainteresował się Saszą, przestało go usprawiedliwiać. Spierdolił, i tyle. A czemu? Bo mógł. Bo miał paszport zagraniczny.

Bo stchórzył. Stchórzył, a nie dlatego, że był mądry.

Pewnie od razu odbiło się to na jej twarzy. Jakoś nauczyła się kłamać słowami, żeby przeżyć, ale talentu aktorskiego Bóg jej poskąpił. Nie zdążyła jeszcze nic powiedzieć na głos, a on już wyczuł w niej zmianę, dostrzegł ją nawet przez swój koniak, więc zaczął się krzątać i trajkotać.

— A ty czemu nie zostałeś w tej swojej Gruzji? — odpowiedziała mu Uliana.

— Słuchaj, no czemu nie zostałem… Tam i tak jest ciężko. Twardy minimal. Oczywiście przywieźliśmy im wszystko, co najlepsze w Moskwie — matcha latte, kink-party i usługę wyprowadzania psów — ale ludzie tam ogólnie żyją po swojemu. Całe Tbilisi jest upstrzone graffiti „fuck Russians” i „Russians go home”, a każdą rozmowę z miejscowymi zaczynasz od tego, że wcale nie jesteś za, że wyjechałeś przed wojną i że jesteśmy wam bardzo wdzięczni i tak dalej. Pierwsze trzy miesiące takiej pokuty są, no, okej, a potem trochę się to przejada. Nie, naprawdę jestem im bardzo wdzięczny za gościnność, Tbilisi to świetne miasto, ludzie też, chinkali, Aragwi, Kura, czacza, młodzi projektanci — wszystko rozumiem, mają do tego prawo, przez dwieście lat naoglądali się z naszej strony różnych rzeczy, też są zmęczeni, ale tam nie mija dzień, żeby ci nie przypomnieli, że jesteś tu gościem — jakby z tobą rozmawiali, ale jednocześnie patrzyli na zegarek, kiedy wreszcie się wyniesiesz, rozumiesz? No i, szczerze mówiąc, Moskwie mocno nie dorasta do pięt — ani jeśli chodzi o matchę, ani o kink. W ogóle… No jestem moskwianinem, kurwa, to moja ojczyzna, stęskniłem się, ile można, no. Chciałoby się wrócić do swojego mieszkania, zobaczyć mamę i tatę, już nie być gościem…

Uliana zmarszczyła brwi.

— A nic, że wezwanie? Wezwanie przecież wisi?

— No tak… Wezwanie. No i co z tym wezwaniem? Wiesz, jak to u nich działa — mają KPI: ilu ludzi dostarczyć dziadkowi na żer. Dziadek powiedział: chcę żreć! Oni więc przeliczyli, ile mają pod ręką — taa, potrzeba trzystu tysięcy ludzi. Co robić? Zróbmy loterię śmierci. Rozsyłamy na chybił trafił milion wezwań. Zebrali trzysta tysięcy, dziadek się nażarł, reszta na razie wolna. Wróciłem, kumpel też wrócił, jeszcze inni chłopaki też, i nic, nikogo nie ruszyli. Potem chyba nawet Sobianin mówił: dobra, wyluzujcie. Jak zwykle w Raszce: takie Oko Saurona wali ogniem z lewej na prawą i z prawej na lewą, kogo trafi laserowy promień, tego spopieli na chuj, no, sorry. A czego się spodziewaliście? To ojczyzna, synku, zasady są wszystkim znane. A kto zdążył uskoczyć, ten mówi: o, spoko, tym razem mnie ominęło, żyjemy! Bawimy się dalej. No to bawimy się dalej, co!

Bawimy się dalej — powtórzyła za nim w milczeniu Uliana. No i co.

— Ja… — wstała. — Chyba już pójdę. Jutro muszę wcześnie wstać, znów jechać do szpitala.

— A? Tak… No tak. Rozumiem.

On też wstał — żeby dolać sobie jeszcze trochę. Odstawiła swoją pustą filiżankę do zlewu, pomyślała przez pół sekundy i postanowiła ją opłukać. Za jej plecami sączył swój trunek. Rozkoszował się nim. Uliana odwróciła się. Dziwne było, że pół godziny temu mogła uznać go za przystojnego faceta.

— Dobranoc.

— Poczekaj — powiedział. — Masz, weź mój klucz. Niech ci zostanie. Żebyś w razie czego nie musiała sterczeć pod domem.

— Mer-si.

Umyła się, schowała w swoim pokoju i położyła.

Ledwie zgasiła światło, znów znalazła się przed Saszą na sali. Znów weszła do niego z korytarza szpitalnego, znów po raz pierwszy zobaczyła pustkę pod prześcieradłem, jego zapadnięte oczy obwiedzione czarnymi kręgami, kąciki ust uniesione; i to pytanie: „Jak ja go będę wychowywać?”.

Wtedy Uliana od razu znalazła odpowiedź, a teraz się pogubiła. Łatwo było okłamywać Saszę, kiedy był na lekach, ale teraz wytrzeźwiał, przestał się szczerzyć, patrzył surowo, jak martwy.

— Halo. No, postanowiłem w końcu zadzwonić, tak. Nie przeszkadzam? No nie wiem, od czego, od jakiegoś intelektualnego podcastu. No tak, tak sobie wyobrażam twoje wieczory. No… Najpierw ty pracujesz na reputację, a potem reputacja pracuje na ciebie… Nie, po prostu chciałem, że tak powiem, złożyć wyrazy szacunku, bo to wszystko jakoś tak wyszło byle jak… Tak, chylę czoła, set był zajebisty. I styl… W mojej osobie, madame, zyskała pani wiernego wielbiciela. Od razu widać, że poważne referencje. Nie no, ich czwartki w ogóle nie mogą się równać z twoimi piątkami! Kurwa, gra tam jakiś ostry zwierzęcy rozpierdol, mówię ci, aż dym idzie uszami. Nie, nie, jesteś najlepsza, na pewno.

Uliana stała już pod drzwiami, przyciskała ucho do drewna i słyszała każde słowo. Kirył trajkotał w kuchni, ale nie zamierzał się tam zamykać; nie wstydził się swojej kuzynki, a może już o niej zapomniał. Zanurzył się w przerębli, pomyślał o śmierci: brrr! — i z powrotem do ciepła.

— Diaaana… A może na przykład kolacja? Tak tylko rzucam pomysł. No tak. No to może jutro, why not? „Lucky Izakaya”. No tak. A czemu nie? Nieśmiertelna klasyka. No, akcent jest na kuchnię japońską, ale ogólnie to panazjatycki fusion. A na tym podwórku obok jest jeszcze to miejsce… Aha. No i potem można się doczołgać do „Level Two”, tak na chwileczkę. Kuszące? Będzie grać „Gędżu”. Chyba nie odrzucasz całkiem innych wykonawców? W ogóle na luzie. Ja też muszę do pracy. Rano joga, wieczorem droga? Nie, a jak to szło? W dzień synagoga? Żartuję. No dobra, to rezerwuję, tak? Juuupi!

Rozłączyli się.

Uliana wycofała się do siebie, owinęła prześcieradłem jak gąsienica i wpatrzyła w ciemność. Ciemność długo nie chciała jej wpuścić, ale w końcu jednak ją połknęła.

• • •

Kiedy jechali już do domu, późną nocą, zadzwonił telefon w kieszeni Maksima. Wyciągnął go — „Mitia”. Kolejny szkolny przyjaciel, który wraz z początkiem wojny wreszcie się zebrał i wyjechał do Izraela. Od lat narzekał, że tak dalej być nie może, aż trzy lata temu w końcu się zdecydował.

Marina oderwała wzrok od drogi, zerknęła przelotnie na ekran i skinęła Maksimowi: no, odbierz.

— Cześć, Mitiaj.

— Szalom, prawosławni! — od razu rzucił tamten. — No i jak świętowaliście urodziny Wadika? Też do niego dzwoniłem.

— Bardzo miło — powiedział Maksim.

— Gdzie siedzieliście?

— W „Pandemonium” na Nikitskiej. Nowy lokal.

— Pewnie fusion? Czym was częstowali? Zimbabwejskim batatem z irańskim czarnym kawiorem i delikatnym kumkwatem z młodym śledziem archangielskim?

— Już nie pamiętam. Ale niestety było smaczne.

— Za to ja wszystko pamiętam — zaśmiał się Mitia. — Nocami śni mi się ten batat. I młode ziemniaki, wyhodowane przez nowicjuszy z Wałaamu, z bitą śmietaną z mleka bawolic. Co tam jeszcze było… Po hebrajsku restauracja to, swoją drogą, „misada”.

— Wszystko tu jest na swoim miejscu, Mitia, zapewnił go Maksim. — Przyjeżdżaj.

— Nie, dzięki. Lepiej wy przyjedźcie do nas.

— A co w tym lepszego? Przecież was tam tak bombardują, nawet u nas to pokazują. Co wy tam siedzicie? Warto było spieprzać.

— No, do wszystkiego można się przyzwyczaić — powiedział Mitia. — Prawda, Maks?

— Nie do wszystkiego.

— Do wszystkiego! — odparł pewnie Mitia. — No, a jak tam, zebraliście się wszyscy przy stole. Rozmawialiście o wojnie?

— O waszą czy o naszą? — ukłuł Maksim, zaczynając się złościć, że Mitia wciąga go w takie rozmowy przez telefon.

— O wojnie z Ukrainą.

— Słuchaj… Pogadamy, jak się spotkamy, dobra? No, zapomniałeś już, jak u nas jest?

— Jak się spotkamy… — westchnął rozczarowany Mitia.

— A czego chcesz usłyszeć? — powiedział Maksim, walcząc z głosem ściskających mu się wnętrzności. — Z naszych tylko Andriej zetnął się na serio, ale Wadik i tak by go nie zaprosił. A tak… Emmka wzniosła toast przeciwko wojnie. Tutaj wszyscy wszystko rozumieją, Mitia. Nikt nie jest za. Ale co my teraz możemy? Nikt nic nie może. Możemy tylko pójść siedzieć, nic więcej.

Marina rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie i pokręciła głową: ona też rozumiała, że omawianie takich spraw przez telefon, choćby i przez WhatsApp, jest nie na miejscu. Tylko Mitia tego nie rozumiał. Wcześniej wiedział, a teraz zapomniał. Nie chciał pamiętać, popisywał się sklerozą.

— Moglibyście wyjechać, nie musielibyście tak…

— Dokąd? W odróżnieniu od ciebie nie mam dziadka Żyda.

— Każdy ma dziadka Żyda — oznajmił pewny siebie Mitiaj. — Kwestia tylko, jak mocno przycisnęło. Widocznie was jeszcze nie przycisnęło.

— A w ogóle — rozzłościł się Maksim. — Dlaczego to my mielibyśmy wyjeżdżać? To nasz kraj. Niech ta cała petersburska banda wyjeżdża.

— Nasz kraj! — zachichotał Mitia. — Ależ ty jesteś słodziutki. Kraj zwycięskiego faszyzmu.

— A u was co? — przerwał mu Maksim.

— No, teraz akol beseder, jak to mówią. Ale jak dwa tygodnie temu, kiedy Irańczycy narozrabiali, na razie chyba się to nie powtórzyło. Dwieście rakiet balistycznych na Tel Awiwczyk. Wtedy, rzecz jasna… Wcześniej mieszkałem w domu bez mamadu, musiałem biegać do miklatu, a każdej nocy była azaka, a teraz luksus — mieszkam w nowym, z mamadem. Po prostu przechodzisz do drugiego pokoju, siadasz i oglądasz film.

— I co, nie boisz się?

— Boję się. No, jak się boję — nie zdążysz się zesrać ze strachu. Ale to, rozumiesz, takie uczucie… Że to twój dom. Dom, rozumiesz? Kraj jest mały. Wsiadasz do rakiewet, za pół godziny jesteś w Jerozolimie, a za godzinę — w Hajfie. Napadli na ciebie. Odpowiedziałeś. Przekopali całą Gazę tunelami. Nasi wjechali czołgami, wyciągają ich stamtąd. Jak już wszystkich wyciągną, będzie pokój. Trzeba po prostu poczekać. No i jeszcze Iran.

— Wszystkich kogo?

— Arabków.

— Przecież tam są cywile — powiedział Maksim.

— Tam biorą karabiny do ręki już w wieku trzynastu lat — oznajmił mu Mitia. — Mniej wierz telewizji.

— A to nie to samo co u nas? — zapytał Maksim. — Brzmi podobnie.

Marina dała mu do zrozumienia, że dobrze byłoby już kończyć. Zresztą prawie dojechali do domu.

— To wcale nie to samo — odpowiedział Mitia.

— Ale podobieństw jest sporo — powiedział Maksim na pożegnanie.

Minęły zaledwie trzy lata, a człowiek już mówi w niezrozumiałym języku i w nim też myśli. A kiedy mieszkał w Moskwie, jakoś rozumieli się w pół słowa.

Spis treści

  1. Rejestracja
  2. Autor w sieci
  3. 1.
  4. 2.
  5. 3.
  6. 4.
  7. 5.
  8. 6.
  9. 7.
  10. 8.
  11. 9.
  12. 10.
  13. 11.
  14. 12.
  15. 13.
  16. 14.
  17. 15.
  18. Epilog
  19. glukhovsky.com
  20. O autorze

Szukaj

Szukaj w całej książce

Zapytaj książkę

Odpowiedzi AI z cytatami z książki.

Pytanie o książkę

Komentarz

Kod wygasa po 10 minutach. Możesz też otworzyć link w wiadomości.

Potwierdź email, aby wysłać komentarz. Prześlemy go autorowi.