Dmitrij Głuchowski · Rejestracja
8.
Złapali ją — to właśnie poczuła jako pierwsze.
Kombinowała, a ją przyłapali na gorącym uczynku.
Serce jej podskoczyło i przez telefon Uliana zdołała tylko wybełkotać coś niezrozumiałego. Tatiana zrozumiała, że Uliana już wie o Saszy? Domyśliła się, że Uliana zdążyła już pomknąć do Moskwy?
Tatiana Nikołajewna zawsze mówiła tak, jakby wszystko wiedziała; miała prokuratorską intonację i spojrzenie śledczego. Uliana zawsze była u niej podejrzana, a teraz to już w ogóle…
Wdech, wydech, wdech, wydech; znowu poszedł melonowy nikotynowy dym, trochę przyhamował bicie serca, pozwolił choć pomyśleć. Uliana przewinęła w głowie rozmowę z Tatianą do początku i odsłuchała ją jeszcze raz. Nie, jeszcze nie postawiono jej zarzutów, nawet nie przekwalifikowano jej na podejrzaną. Na razie, zdaje się, występowała po prostu w charakterze świadka.
Strach, no dobra, rozluźnił jej wnętrzności, pogłaskał czule i obiecał, że jeszcze wróci. Teraz przycisnęło ją coś innego. Wychodziło na to, że Sasza wrócił z tamtego świata, a matce nic nie powiedział. A więc Uliana przypisała jej dodatkową podłość i dodatkową przebiegłość. Czyli to Uliana sama zachowała się jak ostatnia świnia, dając Tatianie pół dnia przewagi, a potem pierwsza pomknęła do Moskwy, na złamanie karku i po cichu.
A tak naprawdę przecież chciałaś, żeby do ciebie nie zadzwoniła — powiedziała jedna Uliana drugiej; nie czekałaś na to, żeby do ciebie zadzwoniła, tylko na to, żeby nie dzwoniła. Postawiłaś jej taki chytry warunek, którego nie mogła spełnić. Włączyłaś jej licznik, żeby każda sekunda zwłoki, kiedy ty już wiedziałaś, że Sasza żyje, zapisywała się na jej dług, a tobie dawała alibi. Jakby to ona założyła ci worek na głowę, a nie ty po prostu postanowiłaś się w to pobawić.
A ona, jeśli już o tym mowa, nie tylko podzieliła się z tobą radością, ale jeszcze jest gotowa zabrać cię do Moskwy, do Saszy, jechać z tobą tym samym pociągiem. Nawet jeśli za twoją podpowiedzią. No to kto tu jest większą podłą suką?
Pierwsza Uliana szybko przydeptała tę drugą: wiesz co? Ja też, jeśli już tak się dokładnie przyjrzeć, nie wzięłam się do niej bez powodu. Powody były, i to jakie. To ona kazała mi wyskrobać płód, i jeszcze tak po suczemu: sama sobie wymyśl, co zrobić, nie jesteś mała. Nie ma mowy; był czas, kiedy Uliana wierzyła matce Saszy, był czas, kiedy była gotowa ją pokochać, kiedy chciała z nią rozmawiać i mogła jej wszystko opowiedzieć; był, ale minął. Teraz już nic z tego. Więc nie pierdolcie: ani ty, Tatiano Nikołajewno, ani ty, która tam gadasz do mnie moim własnym głosem i rzucasz cień na mój splot słoneczny. Obie spierdalać.
Wstała z ławki — zdecydowanie, jak do szturmu.
I ruszyła marszowym krokiem.
Przemaszerowała obok chudego poborowego, którego matka głaskała po głowie jak bobra, obok rozhukanych inwalidów, którzy ustawili wózki jeden za drugim i ze śmiechem jechali przez podwórze, obok pielęgniarki, która nagrywała ich telefonem i ochryple dodawała im otuchy, obok palących lekarzy z dziurami zamiast oczu, obok facetów, którzy wyglądali na całych, a jednak trzymano ich tu z jakiegoś powodu, i obok ludzi, których głowy trzeba było obwiązać bandażami, żeby się nie rozpadły. Przez całe to mrowisko Uliana kroczyła jak królowa.
Z pamięci odnalazła i budynek, i piętro, i salę.
Ale przed salą znów przystanęła, przyczaiła się przy drzwiach. I przypadkiem podsłuchała rozmowę.
— Nie rozumiem — mówił Sasza. — Został mi kutas czy nie? I nie ma jak sprawdzić.
Żartował czy nie? Brzmiał na zagubionego. A może po prostu, jak zwykle, zaspany?
— No i co? Trzeba sprawdzić? — odpowiedział mu ktoś z sąsiadów. — Sprawdzisz, Leszy?
— Nie, nie trzeba, Sery — zachrypiał ten Leszy. — Dopóki nie sprawdziliśmy, to jak kot Schrödingera. Jest i go nie ma jednocześnie. Czyli na pięćdziesiąt procent jednak jest. A jak go rozpakujemy, to już nie będzie żadnych wątpliwości. Na twoim miejscu zgodziłbym się na te pięćdziesiąt procent. Lepsze to niż nic.
— Jaki kot? — spytał słabo Sasza.
— Daj spokój. Kot i kot, z fizyki. Kot w pudełku. Niby ani żywy, ani martwy.
— Zupełnie jak ja. Kutas Schrödingera.
Parsknęli śmiechem.
— Nie bój się, żołnierzu! — powiedział chyba Sery, głosem jak dziecięca piszczałka. — Jak coś, to poprosimy z chłopakami, żeby ci przeszczepili jakiś bezpański. No, patrz przez okno! Widzisz, jak dym wali z komina? Wiesz, ile ich tam palą na darmo?
Sasza cicho parsknął. Potem spytał:
— A jeśli cudzy kutas… To będzie się liczyć jako zdrada?
Nie o tym myślisz! — pouczająco zapiszczał Sery. — Chodzi przede wszystkim o to, żebyś dostał większego niż miałeś. Wtedy wychodzisz na plus.
— Poproś od razu swoją narzeczoną, żeby poszła na intensywną terapię, póki tam ciepłe, i wybrała sobie taki, jaki jej smakuje.
— I kolor. Co cię to obchodzi, najważniejsze, żeby jej się podobał.
— A to nie będzie cuckoldyzm? — zakrztusił się Leszy.
Znowu się pośmiali. Uliana za ścianą też się uśmiechnęła. Chłopaki żartują. Żartuje, czyli jeszcze nie zamierza umierać. A potem zapukała w futrynę.
— Puk, puk. Narzeczoną wzywaliście?
— Ojej… — Sasza nawet lekko się zarumienił. — A my tu właśnie… No dobra, chłopaki, może na razie pójdziecie zapalić?
Jego współlokatorzy wykuśtykali na korytarz, zakłopotanie minęło i Sasza znów zrobił się szary. Ale do Uliany uśmiechał się szeroko.
— Długo cię dzisiaj nie było… Zdążyłem już wszystko załatwić — zażartował.
— No, wybacz… Byłam po prostu u ordynatora.
— I co mówi? — Sasza zamrugał. — Będę żył?
— Oczywiście, że będziesz. Mówi, że jeszcze tylko jedna operacja i koniec. Zrobią ją w tym tygodniu. Pojutrze albo popojutrze.
— Spoko. Jedna operacja więcej czy mniej — skinął jej głową. — Niech już dokończą wszystko do końca. A jutro przyjdziesz?
— Oczywiście, że przyjdę! A wiesz co jutro? — Uliana uniosła kąciki ust i poczuła, jak prąd przebiega jej po skórze. — Wyznaczyli nam ślub na jutro.
— Jaki ślub? — spytał Sasza.
— Nasz — powiedziała Uliana łagodnie i ostrożnie, jakby opatrywała oparzenie. — Przecież wczoraj postanowiliśmy?
— A… — potwierdził niepewnie.
— No właśnie. Więc jutro na pewno do ciebie przyjdę! I pojutrze, jeśli mnie wpuszczą. I w ogóle. Przecież będziemy mężem i żoną.
— No tak — zamyślił się. — Słuchaj… Czy mi się wczoraj śniło, czy naprawdę powiedziałaś, że będziemy mieli malucha?
— Naprawdę — powiedziała Uliana i znowu sama zaczęła rozumieć, że tak, naprawdę. — Właśnie dlatego musimy się pobrać, Sasza. Żeby urodził się w małżeństwie. Maluch. Rozumiesz?
Słowo „maluch” wydało jej się dziwne, przesłodzone. Jakby karmiła leżącego Saszę gorzkim lekarstwem, które łyżką wciska się do ust w słodkim syropie. Czy docierało do niego, dlaczego jest takie przesłodzone? Zmarszczył brwi.
— Rozumiem wszystko. Nie jestem debilem.
Pomilczeli — Uliana wciąż próbowała wymyślić, jak wybrnąć z tej sytuacji, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
— To dobrze, że będzie dzieciak — sam pomógł jej Sasza.
— Naprawdę?
— No. Jakby co, ktoś przynajmniej zostanie.
— Sasza, co ty za bzdury wygadujesz?!
— Nie, no, chodzi mi o… Na wszelki wypadek.
Zaczął patrzeć w dół, na prześcieradło, na swoje kikuty. Ulianę aż dusza umazała się mazutem, kiedy zobaczyła, jak wpatruje się w utracone nogi. Wciąż próbowała przekonać samą siebie, że ten ludzki kadłub to naprawdę ten sam Sasza, z którym spacerowała po nabrzeżu, tańczyła w klubie, z którym na golasa bawiła się w pijane berka w swoim mieszkaniu, jeździła nocą kąpać się w leśnym jeziorze i o którym myślała, że całkiem nadaje się do normalnego życia.
Chciała go pocieszyć, odwrócić jego uwagę, ale zamiast tego z Uliany bez pytania wystrzeliło:
— Sasza. A po co ty w ogóle tam pojechałeś?
Niechętnie oderwał wzrok od swoich kikutów, a usta mu zadrżały.
— To znaczy, po co podpisałeś kontrakt?
— No tak. Jeśli nie chcesz, nie musisz…
— Spoko.
Podniósł na nią zaczerwienione oczy.
— Jakby co, nie dla kasy.
— A czy ja mówiłam…
— Po co mi samemu tyle kasy… No bo…
Miała na to pytanie własną, właściwą odpowiedź. Trzymała ją w sobie, jak długo mogła, nie podpowiadała Saszy, ale on długo myślał, a ją coraz bardziej korciło, korciło, bo ta druga Uliana, choć ją przegoniła, nigdzie nie odeszła i nie zamierzała się zamknąć, tylko jęczała coraz głośniej. I wtedy pierwsza Uliana jej odpowiedziała — na głos, dobitnie, żeby skuteczniej ją zagłuszyć.
— Tobie to niepotrzebne, wiem. Za to twojej matce jest potrzebne.
Palnęła i natychmiast się opamiętała: po co ją tu wywołujesz, człowiek miał amnezję i miał, na cholerę… Nie można było trzymać języka za zębami?!
Sasza zmarszczył brwi.
— No… Nie. No tak, znaczy, rodzicom kasa jest oczywiście potrzebna, prosili, żebym dla nich zarobił, na nowe mieszkanie… To prawda… Tak było…
Mówił to wszystko jakoś z trudem i powoli, wypluwając słowa nieposłusznymi ustami, i przystawał, żeby samemu zrozumieć, zanim coś powie. Uliana już chciała mu przerwać i skręcić na jakiś inny, weselszy temat, ale on pokręcił głową — nie przerywaj, jeszcze nie skończyłem.
— To oczywiście zajebista sprawa, tyle kasy… Starczy dla wszystkich. Ale ja… No, chodzi mi o coś innego. Słuchaj, Ulian… — zerknął na nią. — Ty… Jak właściwie… Uważasz mnie za faceta… Za to, że tam walczyłem…
— Oczywiście! Jasne, że tak!
Sasza skrzywił się.
— Takie sny mi się śnią… Ja pierdolę… Budzę się i myślę… Oby to były tylko sny… A może ja sobie przypominam… Co się działo. Co robiliśmy. Nie rozumiem, czy to sen, czy to wszystko naprawdę…
Oczy miał już zupełnie czerwone, zaszły mu łzami. Uliana ostrożnie pogładziła go po skroni, po kosmyku włosów sterczącym spod bandaży.
— No co ty!
— Wiesz, czemu podpisałem?..
Uliana mu nie przerywała.
— Myślałem… Tam się stanę… No… Kimś innym. Nie takim jak byłem. Zajebistym. Myślałem, że wrócę i, no… Już nikt nigdy nie będzie mi tam niczego wypominał… Nikt nie będzie mógł mnie gnoić, kapujesz? Ani gliniarze, nikt. Bo jak przeszedłeś SVO i wróciłeś… To już nikt nie będzie o mnie pierdolił. I wszyscy ci gliniarze będą… Będą przede mną… No, nieważne. Myślałem, że nie tylko będę jednym z nich, ale jeszcze wszystkich będę miał w dupie. Tak myślałem. Głupio, co? Jestem dupkiem, Ul? — zaskrzypiał.
Uśmiechnął się od ucha do ucha, z dwoma wybitymi zębami. Po policzkach popłynęły mu łzy. Uliana pospieszyła z pomocą — otarła je.
— Co ty, Saszk… Jaki dupek… Jesteś właśnie jak facet… Jak prawdziwy mężczyzna.
— Jak dupek — poruszył brodą. — Jestem skończonym chujem.
Uliana mogła tylko głaskać go po bandażach, po sterczących kosmykach; sama miała ściśnięte gardło z żalu, że wszystko potoczyło się właśnie tak. Ale chyba głaskała za mocno, za mocno przycisnęła — skrzywił się i syknął z bólu.
— Słuch… A właśnie — pociągnął nosem. — Nie pamiętasz numeru do mojej mamy? Jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Trzeba jej powiedzieć, że tu jestem. Może mnie szuka?
— Ona wie, że żyjesz! — pośpieszyła z wyjaśnieniem Uliana. — Powiedzieli jej. Wkrótce do ciebie zadzwoni.
— A jak do mnie zadzwoni? Dokąd?
— No, tam, gdzie ja dzwonię.
— Na komórkę Leszego? A skąd będzie znała numer?
Zastrzyki przestawały działać, Sasza trzeźwiał.
— Albo na oddział. Na sto procent wkrótce do ciebie zadzwoni, Sasza.
Na pewno zadzwoni? Chcę z nią porozmawiać.
— Na pewno.
— Nie masz jej numeru czy co?
Po karku Uliany przesunęła się zimna dłoń, aż stanęła jej dęba sierść pod włosami. Bała się wypytywać go, o czym będzie rozmawiał z matką. Myśli się jej skleiły. Manipulowanie Saszą było męczące i podłe, ale ta sama zimna ręka złapała ją za kark jak niegrzeczną kotkę i potrząsnęła: no, wyplątuj się!
— Po prostu rozładował mi się telefon — skłamała.
— A… — zmieszał się. — No dobra. Jak go naładujesz, poprosisz ją, żeby zadzwoniła?
— Oczywiście, poproszę.
W drzwiach pojawili się ci dwaj jego żartownisie, bezręki Leszy i jednooki Sery, żeby sprawdzić, jak się sprawy mają.
— No i co, gospodyni? Możemy wrócić? Już zapaliliśmy.
— Poczekajcie jeszcze, chłopaki.
Poszli z powrotem kręcić się po korytarzu. Sasza wysunął rękę spod prześcieradła, odnalazł palce Uliany i lekko je ścisnął. Miał zimną i wilgotną dłoń; pewnie liczył, że trochę ciepła przejdzie na niego od Uliany. Nie tak, jak mężczyzna bierze kobietę za rękę, żeby ją poprowadzić, lecz jak dziecko wyciąga swoją rączkę, żeby się nie zgubić.
Uliana także ścisnęła jego dłoń palcami — jestem tu, trzymam cię, nie puszczę. Jestem tutaj. I tak bardzo zrobiło jej się niedobrze od samej siebie, że oszukuje niewiniątko, iż postanowiła się przyznać.
— Sasza. Ja… Krótko mówiąc, sytuacja wygląda tak. Podam ci numer jej telefonu, twojej matki, okej? Telefon mi się nie rozładował, to tak… Skłamałam, sorki.
Sasza się zdziwił.
— Po co?
— Kurczę. Jak ci to powiedzieć… No bo ona przecież nie chce, żebyśmy się pobrali. Wtedy nie pozwoliła, pamiętasz? Za tamtym razem. I ja… Mogę cię o coś poprosić? Podam ci jej numer, tylko… Tylko nie mów jej, proszę, że tu jestem, okej?
Odchylił się od niej trochę, żeby zobaczyć ją całą. Zmarszczył brwi. A jego palce zwiotczały, jakby przecięto mu w nich ścięgna.
Kiedy trawił jej prośbę, Uliana z opóźnieniem wymyśliła, jak lepiej było mu to wszystko przedstawić. Nie powinna była od razu zrzucać na niego całej prawdy, tylko przerwać rozmowę i wyskoczyć na USG; i tak musieli je zrobić przed jutrem, bez niego nie zarejestrują ich ślubu. I dopiero wtedy, ze zdjęciem w ręku, powinna była zacząć tę rozmowę, od pierwszej fotografii ich malucha. Położyć USG na wadze, na swojej szali; powinno ważyć całkiem sporo. Ale już to spieprzyła, niezdara. I od razu spociły jej się dłonie — i z własnej głupoty, i z własnej przebiegłości. Trudno, będzie musiała tak.
— Nie powiesz jej?
— A jak miałbym…?
— No wiesz. Najpierw weźmiemy jutro ślub, a potem już reszta… No. Na razie niech to będzie sekret. Taki sekrecik.
Ścisnęło ją w szczękach. A silniczek w klatce piersiowej zaczął szwankować. Sekrecik, suka. Coś ją już niesie jak bobslej pędzący sto kilometrów na godzinę; nie widać dokąd, a z toru nie da się wyskoczyć.
— A jeśli jej nie powiem, że przyjechałaś, to będę mógł z nią porozmawiać? — spytał Sasza, jakby prosił o pozwolenie.
— No oczywiście.
Z boku znowu coś majaczyło — jednooki Sery stał w przejściu, szczerzył się szyderczo i przyglądał Ulianie z jakimś obrzydzeniem i lękiem, jakby bosą stopą omal nie nadepnął na trawkową żmijkę i w ostatniej chwili ją zauważył.
— Zadzwonisz do niej? Jeśli telefon nie padł.
— No jak… Przecież wtedy zrozumie, że przyjechałam — Uliana znów wzięła małego Saszę za rękę. — Po prostu podam numer temu tutaj… Leszemu, tak? I on sam zadzwoni. I tak muszę iść do lekarza, na USG… Pójdę, a ty w tym czasie zadzwonisz. Dobrze?
Zgodził się.
Uliana wyjęła telefon i wstała. Sery mrugnął jedynym okiem i odsunął się na bok. Leszy kręcił się za drzwiami, naparzał w jakąś durną grę na telefonie.
— Chłopaki — poprosiła ich Uliana. — Dam wam numer do jego mamy, niech do niej zadzwoni, okej?
— Okej.
— Dziękuję. I dziękuję, że go wspieracie.
— Nie ma za co.
Ile oni tam sterczeli na korytarzu, kiedy Uliana z Saszą rozmawiali o życiu i śmierci? Ile zdążyli podsłuchać?
Pewnie sporo. Dlatego tak na nią patrzyli.
A kiedy Uliana, pożegnawszy Saszę całusami, stuknęła obcasami przez korytarz do wyjścia, za jej plecami huknęło złośliwie:
— Czarna narzeczona, kurwa.
Udała, że nie słyszy.
Za szpitalnym płotem toczyło się jakieś zupełnie inne życie, od którego Uliana zdążyła się przez te kilka godzin odzwyczaić. Ludzie zachowywali się tam tak, jakby śmierć nie działała, jakby nigdzie nie było żadnej wojny. No, pośrodku szosy sterczał nieporadnie jeden billboard o SVO, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Za płotem każdy miał jakieś własne plany na ciepły, błękitny letni wieczór, jakieś inne trasy, jakieś skomplikowane trajektorie — wokół ogromnego szpitala wojskowego, tak żeby go nie dotknąć. Dziwnie to wszystko wyglądało. Dzikie.
Uliana powlokła się ulicami Odincowa, prostymi jak place apelowe, obsadzonymi rzędami pobielonych drzew. Mogła dojechać autobusem do ginekologa, ale miała ochotę się przejść: musiała złapać oddech.
Powoli wypływała na powierzchnię. Najpierw wrócił szum samochodów, potem głosy, potem zawiał wiatr i poruszył jej włosami. Ale dopiero kiedy omal nie rozjechali jej na przejściu, zatrąbili i obrzucili ją wyzwiskami, dopiero wtedy wynurzyła się z głębin.
Znowu się rozejrzała — i uczepiła się, jak na wpół utopieni rozbitkowie każdej napotkanej szczapy — plakatu na balkonie domu naprzeciwko: „Sprzedam mieszkanie”. Zrobiła telefonem zdjęcie balkonu i ogłoszenia. Potem popłynęła dalej, już się go trzymając, żeby znowu nie pójść na dno.
Na chwilę przystanęła, rozszerzyła ogłoszenie palcami, powiększyła — cyferki: osiem milionów rubli, trzydzieści metrów, kawalerka. O rany. Osiem baniek! Skąd wziąć osiem milionów, skąd ludzie w ogóle biorą takie pieniądze? Chyba lepiej nawet nie sprawdzać, ile kosztują mieszkania w Moskwie, żeby się nie dołować; w Moskwie nie starczyłoby mniej więcej na nic, Moskwa nie jest dla biedaków. Ale tutaj, w Odincowie… A gdyby, powiedzmy, wziąć kredyt hipoteczny, czysto teoretycznie, to dałoby radę? Odincowo to przecież prawie Moskwa, hop-siup autobusem i już jest przed tobą, nietknięta przez cywilizację, czy jak to się mówi… W Moskwie nawet administratorka salonu masażu pewnie zgarnia stówę miesięcznie, zupełnie inna gospodarka. Czyli można by pracować w Moskwie, a mieszkać tanio, za obwodnicą… Mieszkać za MKAD-em, a szaleć w Moskwie, do wszystkich jej nieograniczonych możliwości dojeżdżać autobusem za całe siedemdziesiąt pięć rubli, raptem pół godziny. Jakie szanse miałaby Kopciuszek, gdyby mieszkała w Wołogdzie albo, kurwa, w jakimś Syktyvkarze, skoro do najbliższego pałacu jedzie się pociągiem osiem godzin czy ile tam? Nie dałoby się tak jeździć, krótko mówiąc. W każdym razie nie warto z góry skreślać Odincowa, czasem fantazje stają się rzeczywistością, a marzenie o kawalerce w obwodzie moskiewskim było sto razy przytulniejsze niż o dwupokojowym mieszkaniu we Fryazinowie.
Tak dopłynęła do ginekologa.
Klinika, do której od ręki udało jej się umówić, mieściła się w parterowym budynku o kształcie kiełbasy, pod dachówką. Ściany miała ze szklanych pakietów, a na szybach wypisane farbą usługi. Aborcji na liście nie było. Wstydzili się napisać czy co?
Weszła, podała nazwisko, zarejestrowała się i usiadła w kolejce.
Taki miała dziś dzień: lekarze. Znowu po diagnozę, znowu po wyrok.
To ona go teraz zobaczy?
Jak on w ogóle wygląda na tym etapie?
Jest tam w ogóle na co patrzeć?
Czy Uliana jest w ogóle gotowa na to spotkanie?
Zaraz pokażą jej dziecko, wystawią zaświadczenie, że na pewno istnieje, zarejestrują ciążę, i już nie da się uciec od tej rzeczywistości. A może jeszcze nie jest za późno, żeby zwiać? Wyłączyć telefon, zniknąć i udawać, że niczego nie było? Po prostu wrócić do swojego dawnego, beznadziejnego życia, w którym przynajmniej nie trzeba podejmować żadnych decyzji ani nikogo oszukiwać?
Ale nie ma już dokąd wracać, przypomniała sobie.
Tam wszystko jest już zamknięte i opieczętowane.
— Cariewa — wychyliła się z gabinetu ultrasonografistka.
I bob saneczkowy Uliany pomknął po lodowym torze jeszcze szybciej. Aż oblał ją pot.
— Dół opuszczamy, górę podciągamy i kładziemy się. Wie pani, który to tydzień?
— No, tak mniej więcej.
Posmarowano jej brzuch zimnym, lepkim żelem, a w półmroku gabinetu rozbłysł czarno-biały monitor. Ultrasonografistka była już w wieku i, sądząc po twarzy, nie była suką; można powiedzieć, że nawet życzliwa. Zaczęła przesuwać głowicą w górę i w dół, w prawo i w lewo, łaskocząc Ulianę.
— Jedenasty tydzień, kochana. Rozwój prawidłowy. Tak… czterdzieści siedem milimetrów długości ciemieniowo-siedzeniowej. Tu główka, tu rączki. Paluszki już się rozdzieliły. Pokażę pani.
Obróciła migoczący monitor. Uliana nawet nie zdążyła pomyśleć, co odpowiedzieć — i oto ono, coś pływa, pulsuje szarymi pikselami, chlupie, odbija się echem w miękkich tkankach, usadowione w niej… Jak guz.
— A gdzie tu jest głowa?
— A tutaj. No przecież, tu.
No, może. Jak się dobrze przyjrzeć…
— To ta fasolka?
— To już nie fasolka, tylko człowiek wielkości śliwki. Taki.
— A to… chłopiec czy dziewczynka?
— Na razie trudno określić. Wyznaczymy pani kolejne badanie na czternasty tydzień, przyjdzie pani, wtedy już będzie wiadomo.
Czternasty tydzień… Jak ona mogła w ogóle tak daleko w przyszłość wybiegać? Co w ogóle będzie się działo na świecie za czternaście tygodni? Może wszystko już się zawali.
— No co pani? Nie cieszy się pani?
— Dlaczego?
— Czy ta ciąża była planowana?
— Tak… Niezbyt. To wszystko? Wystawi mi pani zaświadczenie?
Ultrasonografistka poprawiła okulary i westchnęła. Potem sięgnęła po skórzaną torebkę wiszącą na oparciu krzesła.
— Chwileczkę, pokażę pani pewną sztuczkę.
Pogrzebała w torebce, coś wyjęła i zaszeleściła papierkiem.
— Proszę, częstuj się.
— Co to?
— Czekoladka.
Uliana aż się wyprostowała, prawie usiadła.
— Dlaczego?
— No, proszę zjeść, nie bać się. Nie jest zatruta.
Skąd wiedziała, że Uliana ma ochotę na coś słodkiego? To było dziwne, ale Uliana się zgodziła, wzięła czekoladkę z ręki ultrasonografistki i wsunęła ją do ust… I po raz pierwszy tego dnia zachciało jej się żyć. Rozlała się w niej słodka błogość. Dlaczego nie można uwierzyć, że na świecie po prostu są dobrzy, bezinteresowni ludzie?
— Dziękuję — wymamrotała z pełnymi ustami, zęby skleiły jej się od karmelu.
— O! A oto sztuczka — uśmiechnęła się lekarka. — Niech pani spojrzy na monitor, na płód.
Zaczął drgać, wierzgać. Już nie wisiał bezwładnie w stanie nieważkości, nie płynął przez kosmiczną przestrzeń — sam się poruszał. Jakby naprawdę żył.
— Co to? Dlaczego? — spytała przestraszona Uliana.
— Tańczy. Cieszy się z czekoladki.
Wracała do miasta i studiowała zdjęcie: popatrzy, schowa; posiedzi, znowu wyciągnie i znów popatrzy. Jeśli nie wiesz, czego szukać na tym czarnym papierku, niczego nie zobaczysz. Ot, kleks. Ale kiedy już wiesz, co to jest, nie da się tego odzobaczyć.
Syn Saszy. Człowiek-śliwka.
Te pieniądze — one będą przecież dla niego. Żeby mógł dzięki nim dorastać. Dzieci nie mogą dorastać bez pieniędzy. A co Uliana może teraz sama zarobić?
Nagle przyszło jej do głowy: a gdyby jutro zjawiła się na ceremonii w welonie? Choćby w najtańszym, syntetycznym, ale koniecznie w białym, ślubnym welonie. Tak, dla jaj. Żeby te kutasy, jednoreki i jednooki, się zakrztusili. Czarna narzeczona, kurwa. Sami się na nią gapią, a jeszcze będą tu coś pierdolić.
Jadąc autobusem, zaczęła szukać: „Welon panny młodej Moskwa z dostawą niedrogo”. Na AliExpressie dało się kupić najgłupszy za trzysta pięćdziesiąt rubli, na Avito używany, na wieczór panieński, za dwieście. Na prospekcie Lenina był jakiś snobistyczny „Dom Panny Młodej”: tam ceny zaczynały się od trzech tysięcy. A suknie ślubne — w ogóle od pięćdziesięciu.
Za pięćdziesiąt tysięcy dostawało się coś zupełnie podstawowego, już po siedemdziesięcioprocentowej zniżce. Minimalistyczną suknię z satyny. Za osiemdziesiąt można było dostać podobną, z koronkowymi rękawami — całkiem ładną, swoją drogą. W zasadzie Ulianie by pasowała. Ciekawe, czy można podjechać i przymierzyć? Szkoda, że na karcie zostało jej dwadzieścia dziewięć tysięcy, nawet mniej. Więc nie ma co się nakręcać.
Klik — a tam jeszcze… Za dwieście dwadzieścia tysięcy długa, rozłożysta suknia z francuskiej koronki, fason w kształcie dzwonu, z jakiegoś powodu opisana jako „z kolekcji arabskiej”. Dorzucisz jeszcze trzydzieści tysięcy i już jesteś księżniczką: „Koronkowa suknia ślubna z bolerkiem Lilibet”. Chuj wie, co to wszystko znaczyło, ale wyglądała obłędnie… Modelka, taka porcelanowa laleczka, stała na tarasie włoskiej willi nad jeziorem i zmysłowo patrzyła w obiektyw. Niektórzy to mają takie śluby, pomyślała Uliana. Pan młody pewnie też odpowiedni, w jakimś ferrari. Ale na Ulianie, z jej szerokimi ramionami, chyba nie leżałaby najlepiej — tylko niepotrzebnie rozśmieszyłaby włoskich gości. Była jeszcze prostsza — za sto siedemdziesiąt pięć tysięcy — „Koronkowa gorsetowa suknia ślubna rybka Andżelina”, nawiasem mówiąc, już z welonem do samej podłogi. Ale kto miałby Ulianie nieść ten welon? Potrzebny byłby pazik albo chociaż druhna, no albo mama. Wszystkie przyjaciółki Uliany zostały w Wołogdzie, sama musiała sobie radzić. Właściwie trzeba zadzwonić do mamy i zdać jej relację. Oj, skoro już wydawać ponad sto siedemdziesiąt, to jest jeszcze wspanialsza: „Koronkowa gorsetowa suknia ślubna Syrena Andżelina luksus”, tyle samo kasy, a elegancja razy dwa.
Marz sobie, marz, idiotko.
Potem zauważyła w rogu link, że można ją jednak wypożyczyć, i zaczęła już całkiem serio rozważać: a co, gdyby naprawdę wyłożyć dychę, ale za to wpłynąć tam jak łabędź, niech wszyscy opadną szczęki. To przecież jej ślub, prawdziwy, pierwszy w życiu, swoją drogą. Czy nie zasługuje na coś takiego? I będą jeszcze zajebiste zdjęcia, żeby pokazywać wnukom.
Potem zaczęła kalkulować — dycha to drogo. Za dychę mogłaby nawet jeszcze tydzień przeżyć w Moskwie, jeśli by zacisnęła pasa… Łał, a to co za luksus za trzysta sześćdziesiąt pięć tysięcy? „Rozłożysta suknia ślubna z jedwabnej tafty z brokatem Dianita”. To na ślub z jakimś księciem Harrym? No tak, jeśli robić zdjęcia dla wnuków, to tylko w takiej, nie ma co się rozdrabniać.
Ocknęła się dopiero na pętli.
W drodze do metra dogadała się z jakąś babą z Avito i umówiła, że podjedzie odebrać za sto pięćdziesiąt ten używany welon na wieczór panieński. No, używany to używany, kto się zorientuje. I tak wszystko dla jaj, żeby Sasza się pośmiał.
• • •
Dzień był nudny i wlókł się ciężko jak staza; Maksim przekładał z miejsca na miejsce papiery na biurku i tępo, z rozpaczą wpatrywał się w kolumny Excela, ale aldehyd octowy, kurwa, przeszkadzał. Kusiło, żeby pójść po piwo i wreszcie skończyć z tymi niepotrzebnymi cierpieniami, ale człowiek, który się leczy, zajmował w hierarchii Maksima miejsce znacznie niższe od człowieka, który z godnością znosi kaca. W tej hierarchii był gdzieś bliżej podwórkowych alkoholików w sowieckim stylu, poniżej których byli już tylko bezdomni. Dlatego Maksim cierpiał. Musiał jeszcze potem prowadzić samochód: umówił się dziś z Mariną, że odbierze ją z pracy. Musiał doczekać do kolacji.
Cierpiał i za każdym razem podrygiwał, kiedy trzaskały drzwi wejściowe do sklepu. Nasłuchiwał w napięciu: kto przyszedł? Po intonacji, po wibracjach próbował rozpoznać, co to za klient.
Czekał na karę za swoją wcześniejszą zuchwałość, za to, że tak zadarł nosa. Teraz, na kacu, szczególnie się niepokoił — bo aż za dobrze znał parszywą naturę tych ludowych mścicieli, dla których cała wymiana energii między ludźmi sprowadzała się do upokarzania jednych przez drugich, a upokorzony musiał koniecznie wziąć odwet, bo inaczej piętno zostawało na nim na całe życie. Kultura więzienna.
I nagle, za którymś razem, drzwi trzasnęły wyjątkowo wściekle, a gość ryknął surowo, jak glina. Maksim nie wytrzymał, podkradł się do zamkniętych drzwi swojego gabinetu i przycisnął ucho do skrzydła: czy to po niego? W tej chwili dopadło go wspomnienie. Wróciło wszystko, co śniło mu się w nocy.
Śniło mu się kompletne gówno. Że z Mariną czekają w swoim mieszkaniu na wizytę prokuratury. Na podwórzu stoi czarny wronok, zupełnie anachroniczny, ale jakby już nie, i ludzie w mundurach wchodzą z niego do klatki schodowej, zaraz zaczną wchodzić na ich piętro — nie mieli żadnych wątpliwości, że idą właśnie do Mariny i Maksima, choć nikt do nich nie dzwonił z dołu ani niczego nie zapowiadał. I trzeba, krótko mówiąc, jak najszybciej pochować, ukryć albo wyrzucić wszystkie książki, które kontrolerzy mogliby uznać za nieprawomyślne. Maksim z Mariną rzucają się więc do półek, a tam aż roi się od różnych herezji — i nieszczęsny Akunin, i Limoniow, i autobiografia Nawalnego, i różna proza emigracyjna, i jeszcze, i jeszcze. Zaczynają zgarniać to z półek, wrzucać do jakichś pudeł, wpychać pudła pod łóżko, na pawlacz, a do drzwi już walą pięściami: otwierać! Marina odwraca się do niego w panice: przecież nie ruszaliśmy jeszcze niczego w pokoju Kiryła, a tam stajnia Augiasza, nie znajdziemy niczego na szybko! Zatrzymaj ich! Maksim biegnie do drzwi — zagadywać, grać na czas, zaczyna błagać, a z drugiej strony każą mu natychmiast otwierać, z jakiegoś powodu kobiecym głosem, ale blaszanym, mechanicznym i nieznoszącym sprzeciwu. Próbuje naopowiadać im jakichś bzdur, mówi, że oni też są ludźmi, takimi jak wszyscy zwyczajni ludzie, czemu nagle poświęca się im taką uwagę, zaczekajcie, szukamy klucza, a zza drzwi słyszy: przestań pieprzyć głupoty, myślisz, że cię nie znam czy co? Zwyczajni ludzie, jasne! I rozumie, że to głos Uliany. A potem słyszy, jak na zewnątrz rusza szlifierka kątowa, piła tarczowa i jak wżyna się w to samo miejsce, do którego przyłożył ucho.
• • •
W oknach nie paliło się światło, ale teraz Uliana miała już własny klucz, od Kiryła.
Weszła do ich pustego mieszkania i zdjęła buty przy wejściu. Poszła do łazienki, dotknęła wanny — przestronnej, można się w niej kąpać we dwoje. Czy ma prawo się w niej wykąpać? Wstydziła się, wstydziła, a potem przypomniała sobie poranną rozmowę z wujkiem Maksimem i zaczęła nalewać sobie gorącej wody, bo chuj; drzwi też nie zamknęła na klucz.
Leżała w wannie, w pianie. Moczyła się. Chciała, żeby skorupa trochę zmiękła. Prawie zasnęła w ciepłej wodzie, sama zrobiła się jak embrion. Gospodarze wciąż nie wracali, woda zdążyła już wystygnąć. Przyszedł jej do głowy figlarny pomysł, wzięła telefon. Zrobiła, wyszła, wytarła się, narzuciła czyjś szlafrok i poczłapała do kuchni, zaparzyła sobie herbatę. Potem zadzwoniła do Saszy z cudzego telefonu.
— No i jak się czujesz?
— Dobrze — przeciągnął rozmarzonym głosem. Od razu rozpoznała morfinowe nuty.
— Ja też dobrze. Właśnie brałam kąpiel i zrobiłam dla ciebie golutkie fotki. Wysłałabym, ale ci twoi leśni, nie chcę. Jutro pokażę.
— Dobra.
Jakoś się nie zapalił. Pomyślała: a może jemu już wszystko jedno? Czy po prostu leki go przytłumiły?
— Słuchaj… Pogadałeś z mamą? Udało się?
— Pogadałem.
— No i co opowiada?
— Że jest dumna. Że się cieszy, że żyję. Że mnie szukali, chodzili do wojskowej komendy uzupełnień. Martwili się.
— A powiedziała, kiedy zamierza przyjechać? Do ciebie.
— Powiedziała, że niedługo. Powiedziałem, żeby jak najszybciej.
— A… Było coś o mnie?
— No… Tak jak prosiłaś. Że tylko dzwoniła. Dobrze?
— Dobrze. Jutro przyjdę do ciebie z niespodzianką. Jutro jest dla nas wielki dzień, pamiętasz?
— Pamiętam. Dobra, Ulka, Leszemu potrzebny telefon, muszę zadzwonić ze swojego.
— No dobra. Kocham cię, jakby co.
— Ja ciebie też. Dobranoc.
Ta jedna rozmowa wyssała z niej z powrotem całe ciepło, które nagromadziła w wannie. Nawet herbata kiepsko grzała.
Uliana wróciła do łazienki, odkręciła czerwony, śmierdzący lakier i zaczęła malować sobie ładne paznokcie na jutrzejszą okazję. Wyszło równo, trzeba je było tylko wysuszyć.
Popłynęła więc w cudzym frotowym szlafroku do cudzego salonu, włączyła ich ogromny telewizor. Zaczęła przełączać kanały, żeby wyłowić z tego cyrku coś dla siebie. Piosenki i tańce ją wkurzały, nie miała siły wciągać się w film od połowy, posłuchała Małachowa, ale historia była jakaś zbyt nudna. Wtedy przełączyła na inny talk-show, o Ukrainie. Zatrzymała się na nim, bo od pierwszych słów, od pierwszego obrotu sprawy wyglądało to tak, jakby program był zrobiony specjalnie dla niej:
— Jesteśmy tam, bo nie możemy tam nie być. Bo to nasz obowiązek. Bo walczymy tam z faszyzmem, z nazizmem. To, bez żartów, światowe zło — mówił ogolony na łyso człowiek w mundurze zza niebieskiej plastikowej mównicy. — Będą wam teraz wywracać to wszystko na lewą stronę, jak tylko zechcą, ale ja tam byłem i wiem: gdybyśmy nie wkroczyli, oni już by tu byli. Najpierw banderowcy zajęliby Donbas i rowy byłyby zawalone trupami tych, którzy mówią po rosyjsku, a potem poszliby jeszcze dalej! Ukraina to po prostu grot włóczni wycelowanej prosto w serce Rosji! Nasz prezydent słusznie powiedział: Ukrainy nie ma, jest projekt „Anty-Rosja”, stworzony przez zachodnich kuratorów, żeby rozłożyć nasz kraj! Rozłożyć i zniszczyć! Żeby dobrać się do naszych zasobów! Tak, walczymy na Ukrainie, ale walczymy tam po to, żeby nie walczyć na własnym terytorium!
Telewizor był ogromny, miał półtora metra po przekątnej, a uczestnicy w studiu urządzonym na niebiesko i czerwono, kiedy kamera kierowała się na nich, wyglądali jak prawdziwi olbrzymi. Mównice stały w kręgu, za każdą jeden mówca. Między nimi przechadzał się prowadzący w eleganckim garniturze i rogowych okularach, udzielając głosu raz jednemu, raz drugiemu. Wyglądał zresztą nie mniej inteligentnie niż wujek Maksim, a może nawet go przewyższał.
— Ale jak to? Na obcym terytorium? Powiedzą wam: „A Kursk?” — strofował wojaka prowadzący.
— Właśnie! A kogo wysłali do Kurska? Rosyjskich nazistów, najemników, RDK, zwyrodnialców, narodowych zdrajców! Co to dowodzi? Dowodzi, że nie walczymy tam z Ukraińcami, tylko z międzynarodówką nazistów, która osadziła swoją juntę w Kijowie!
Jakiś gorączkowy dreszcz, pulsująca energia przeniosły się stamtąd na Ulianę, wylały z pudła i obmyły ją, znów przywróciły ją do życia. Okazało się, że dobrze się tego słucha; mówili tam takie rzeczy, które po szpitalu okazały się Ulianie potrzebne. Były jak bandaże, jak kule, jak środek przeciwbólowy. Jak sto gramów wypitych duszkiem. Żeby przestało boleć, Uliana musiała zrozumieć w szerszej perspektywie: po co; a te odpowiedzi akurat teraz do niej trafiały. Po co Sasza, po co ona sama.
— A co z tym Kurkiem? — poparł go czerwony na twarzy chłop jak byk, z byczą szyją rozpychającą kołnierzyk. — Kursk od początku był częścią planu! Po prostu zadaliśmy im wyprzedzający cios — raz! SVO! A wszystkie ich siły były skupione na granicy! Gdybyśmy tak zdążyli w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, gdyby nie zdrada w dowództwie i wywiadzie, które wprowadziły w błąd Józefa Wissarionowicza, to dziś ZSRR rozciągałby się od Władywostoku po Lizbonę! A tym razem zadziałaliśmy bezbłędnie, daliśmy radę.
— Niektórzy mogliby zaprotestować… Powiedzieć, że pierwszy rok specjalnej operacji wojskowej nie był łatwy…
— Niech te niektóre osoby, wie pan co… W pierwszym roku zajęliśmy… Wyzwoliliśmy! Ile? W szczytowym momencie było to sto sześćdziesiąt trzy tysiące kilometrów kwadratowych! Tyle co Bułgaria! Szanowny Jemielian Grigorjewicz już o tym wspomniał, ale jeszcze raz podkreślę — nie walczymy tam z Siłami Zbrojnymi Ukrainy. Gdyby byli tam sami bojownicy, zmiażdżylibyśmy ich na placek już w pierwszym miesiącu i Ukraina byłaby nasza, ale są tam i Anglia, i Niemcy, i nasi zamorscy partnerzy, jak ich nazywa Władimir Władimirowicz…
— Od czego zaczęliśmy? Od tego, że zadał pan pytanie — przerwał mu wojskowy, zwracając się do prowadzącego. — Czy mogło być inaczej. Mówię jasno i jednoznacznie: nie, nie mogło. Prezydent podjął jedyną słuszną decyzję. Historia Rosji nie zna trybu przypuszczającego. I powiem jeszcze za siebie: inaczej być nie mogło. Nie! Mo! Gło! Bo każdy człowiek, mężczyzna, który uważa się za patriotę, powinien był rzucić wszystko i pojechać bronić naszych ludzi w Donbasie! Rosjan… Przez osiem lat to znosiliśmy, kiedy tam zabijali nasze dzieci, ale dłużej nie można było tego tolerować!
Na korytarzu zaszurało, rozległy się głosy: gospodarze wrócili. Uliana wymacała pilota, chciała przełączyć na coś innego, ale się powstrzymała — to przecież słabość, tchórzostwo. Skoro już siedzisz i oglądasz, to siedź i oglądaj. No tak, no, talk-show, czego tu się wiercić, czego przymilać. Dopóki nikogo nie było w domu, nikomu to nie przeszkadzało, włączyła to, co jej się podobało.
W drzwiach stanął wujek Maksim — już bez butów, ale wciąż w okryciu wierzchnim.
— A co tu się u nas dzieje?
Na razie tylko się zdziwił. Poczekaj, wujku Maks.
— Oj. Dobry wieczór. Nic się nie dzieje. Po prostu oglądam telewizję. Nie wolno?
— Przecież dopiero dziś rano, zdaje się, poruszaliśmy ten temat. Jest tyle normalnych źródeł informacji, a ty włączasz sobie to ściekowisko…
Za jego plecami przemknęła do kuchni ciocia Marina, machnęła ręką, nie chciała się w to mieszać.
— Czemu od razu ściekowisko?
— Bo brednie opowiadają! Jacyś faszyści, coś tam zajęli… I wszędzie to samo, ze wszystkich żelazek…
— A co, to nie faszyści? — odparła niewzruszona Uliana. — W Kijowie nocne marsze z pochodniami — nie było? Były. To kto tu kłamie?
— Dobra — odetchnął. — Sformułuję to inaczej: nie chciałbym, żeby w moim domu coś takiego nadawało. Wyłącz, proszę.
— Proszę bardzo.
Uliana stuknęła w pilota, ekran telewizora pociemniał. Twój dom, twoje zasady. Ale sprężyna w środku napięła się, spiralnie, z jednym ostrym końcem. Nie wstała z fotela, zwinęła się w nim jak gadająca żmija na ciepłym kamieniu. Lepiej mnie nie ruszaj, Iwanuszka, bo zaraz dostaniesz magiczny wpierdol.
A wujek Maksim nie odchodził, coś go jeszcze swędziało, żeby dorzucić swoje trzy grosze.
— A propos faszystów… Znasz tę starą radziecką piosenkę? „Dwudziestego drugiego czerwca, punktualnie o czwartej… Kijów zbombardowali, nam oznajmili, że wojna się zaczęła…” Wiesz, o kim?
— No i o kim?
— O faszystach, o Hitlerze. W czterdziestym pierwszym faszyści zaczęli Wielką Wojnę Ojczyźnianą od nocnego bombardowania Kijowa. A teraz my robimy im to samo. Ukraińcom. Dwudziestego czwartego lutego dwudziestego drugiego roku. Bombardowaliśmy Kijów. Też o czwartej rano. Bez powodu. Opowiadają o tym w tym twoim pieprzonym pociągu propagandowym? To my tu jesteśmy faszystami, Ulianeczko. My!
— No, wy może… — odparowała. — Ale my nie.
— Wspaniale! — roześmiał się. — Doskonale!
— A oni to nie bombardowali pierwsi? Donbasu nie bombardowali?
I wtedy wujek Maksim wpadł w szał.
— Co to znaczy „bombardowali”?! Ty w ogóle rozumiesz, gdzie jest ten Donbas? To ukraińska ziemia, zajęliśmy ją, a oni próbowali ją odzyskać! A wiesz, po co ją zajęliśmy? Żeby zapomnieli o Krymie! Który wcześniej też im wyrwaliśmy!
— Niczego nie wyrwaliśmy — spokojnie odparła Uliana. — Jakaś bzdura. Dlaczego nikt o tym nie mówi oprócz was?
— Dlaczego? Ty naprawdę teraz… Bo jeśli powiesz to głośno, ktoś zaraz napisze na ciebie donos do FSB i cię przyskrzynią za dyskredytowanie albo za fake newsy! Jak u Dowłatowa, kojarzysz? Ktoś przecież napisał te cztery miliony donosów… Cóż tu się dziwić…
— A może po prostu nie trzeba szkalować własnego kraju i wtedy wszystko będzie w porządku?
— Dobra, koniec! Przerwa! Przerwa! Dajcie spokój, może bez polityki? Nie będziemy się przecież przez to kłócić — do salonu wfrunęła niczym gołąb pokoju ciocia Marina. — Uliasz, wysusz sobie na razie głowę i przyjdź do mnie do kuchni, trochę mi pomożesz, dobrze? Maksik, skocz po butelkę musującego, bo skończyło nam się lekkie. Za jakieś czterdzieści minut zasiądziemy do kolacji.