Tłumaczenie wygenerowane przez AI · Rosyjski oryginał

← Spis treści

Dmitrij Głuchowski · Rejestracja

9.

Wysuszyła włosy, uczesała się, włożyła różowy domowy dres. Wizerunek „grzecznej dziewczynki”. Przyszła do kuchni do cioci Mariny, jak jej kazano.

— W czym pomóc?

— Połóż tę rybkę na blasze i polej z wierzchu oliwą. Zaraz będziemy piec, piekarnik już się nagrzał.

— A dlaczego są tylko trzy sztuki? Kirył nie będzie jadł?

— Zadzwonił, że znowu idzie do baru z kolegami. Lato, sama wiesz, młodość ma swoje prawa.

— No, coś o tym wiem.

Uliana natarła okonie oliwą i wycisnęła na nie jeszcze cytrynę. Ciocia Marina otworzyła piekarnik — buchnął dwustopniowy żar — i w pikowanych rękawicach wsunęła do środka blachę.

— No, gotowe. Teraz nastawiamy dwadzieścia minut.

— A co jeszcze zrobić?

— Na razie nic. Ryż jeszcze się dogotuje, to go zdejmę. No, siadaj. Może chlapnąć ci koniaczku?

— Nie, nie będę. Dziękuję.

Ciocia Marina przytaknęła życzliwie, jakby mówiła: nie będę cię zmuszać. Przysiadła na brzegu krzesła, dotknęła palców Uliany. Ta z zaskoczenia zacisnęła je w pięść.

— Jak Sasza?

Mówiła do niej tak łagodnie, otulająco. Uliana rzuciła na nią okiem i odgadła: to chyba nie łagodność, tylko ostrożność. Ciocia Marina brała ją w pikowane rękawice, bo od Uliany też buchał dwustopniowy żar.

— Sasza nie za dobrze. No, on tam się trzyma, czyli… Ale tak jakoś.

— To wszystko jest takie straszne… — Ciocia Marina pokręciła głową.

Jej głos był w ogóle głęboki, przyjemny — a teraz zaskrzypiał jak kołowrót studni. Udaje? Nie, aż tak udawać byłoby już dziwnie.

— Chciałam cię o coś poprosić… Nie gniewaj się na Maksa, że tak postąpił. Właściwie mu się podobasz.

Aha, jasne.

Ciocia Marina jeszcze raz pogładziła ją po wierzchu dłoni, jakby oswajała jakieś leśne zwierzątko. Tym razem Uliana nie drgnęła; czekała, co będzie dalej.

— Okej.

— Wiesz, to jest najtrudniejsze. Teraz takie nerwowe czasy.

— No, wiem — zgodziła się Uliana. — Nie ma co dyskutować.

— Na pewno nie chcesz strzelić sobie kieliszeczka? Póki go nie ma? — Ciocia spojrzała na Ulianę badawczo, niemal błagalnie.

— Na pewno. Ale pani sobie pij, ciociu Marin.

— Nie mogę. Gdybym piła z tobą, zrobiłabym wyjątek, ale tak… No trudno.

— A dlaczego nie można? — spytała Uliana.

— No… Źle z antydepresantami — uśmiechnęła się ciocia Marina. — Mogą być różne skutki uboczne.

— Aha.

Teraz stało się jasne, skąd ta ciotczyna apatia, załamanie i skrzyp w głosie; a kiedy ciocia Marina jej się zwierzyła, Uliana złagodniała, odpuściła trochę.

— Chciałam dokończyć myśl… Czasy są nerwowe, a najważniejsze… Najważniejsze, że to nie my jesteśmy winni, rozumiesz? Wszyscy jesteśmy zakładnikami. Ty na swój sposób, ja na swój, Maksik… A winna jest siła, wobec której jesteśmy tylko pyłkiem, niczym. Mikrobami. I tak naprawdę złościmy się nie na siebie nawzajem, tylko na nią. Ale nic jej nie możemy zrobić, a nawet boimy się odezwać. I przez ten strach jest nam jeszcze gorzej. No i rzucamy się na siebie… Psy spuszczamy ze smyczy. Na rodzinę, na przyjaciół. Na swoich można się wyżyć, swoich nie trzeba się bać. Prawda? A nikt nie myśli, że można w ten sposób stracić ostatnich bliskich… A jeśli przez zwykłą kłótnię odsuniesz od siebie krewnych, przyjaciół? W takie czasy, tym bardziej. Nic gorszego nie da się wymyślić. Zostać samemu.

Uliana przytaknęła: no. Tak jakoś samo jej się przytaknęło.

Do cioci Mariny właściwie nie miała żadnych pretensji. Za każdym z tych półtora razu, kiedy widziała siostrzenicę przez całe jej życie, była dla niej życzliwa. Widocznie kochała mamę Irę; były kuzynkami, ale jednak siostrami, i trochę tej miłości dostało się też Ulianie, po matce.

— Wciąż próbuję to wszystko wytłumaczyć Maksowi. Ale on, wiesz… Jak w czołgu.

— Widzę — parsknęła Uliana; na sekundę się rozluźniła i położyła rękę na brzuchu.

— Nie jesteś przypadkiem w ciąży? — spytała nagle ciocia Marina.

Zaskoczyła ją, trafiła w samo sedno. Uliana jęknęła i skuliła się; chciała wygiąć usta w uśmiechu, ale kąciki opadły jej w dół.

Ciocia Marina bez słowa zrozumiała, przysunęła się do niej i objęła ją.

— A po co on wtedy poszedł po prosecco? — szepnęła.

Uliana tylko wzruszyła ramionami. Ciocia Marina potrzymała ją jeszcze chwilę, po czym puściła. Wdech — wydech. Piekarnik piknął.

— A ciebie… naprawdę to nie przeraża?

— No, co tu… — powiedziała Uliana.

• • •

Gdy matka dowiedziała się, że Sasza jest teraz bez nóg — to już było po wszystkim.

— Dzwonię do niego, słyszysz, no i mówię: Sasza, jaka radość, odnalazł się. A on do mnie: mamo, tylko się nie złość, no, bo mi nogi obcięli. Pytam: jak to, obcięli? A tak, jedną do kolana, a drugą prawie do samej dupy. Gangrena była, mówi. Lekarz nie pozwolił zostawić.

— Ojej, jakie nieszczęście… Nieszczęście… Mój Saszeńka… Mój Saszeńka… Och… Och…

— Nie wyj już tak. Najważniejsze, że żyje. Jeszcze wczoraj myśleliśmy, że umarł, a dzisiaj już żyje.

— Ach, Saszka, Saszeńka!

— Mamo! Prosiłam cię!

— No dobrze… No dobrze… Och…

— Jak będziesz tak wyć, znowu cię serce złapie. Nie wyj, mówię ci.

— Ale jak to?

— Przecież nie wyję!

— Tania, popatrz, jaka ty jesteś. Jaką masz grubą skórę. Tobie to co się stanie.

— Koniec, mamo! Idź sobie weź walerianę i już!

Taką odbyły rozmowę. Tatiana odłożyła słuchawkę i posiedziała w ciszy. Miała żal do matki za te słowa o grubej skórze. Nie powinna była jej teraz tego mówić.

A sama Tatiana, kiedy dowiedziała się o Saszce i jego nogach, zrozumiała jedno: odtąd nie będzie tak, jak się chce, tylko tak, jak trzeba. Trzeba jechać do Moskwy. Trzeba siedzieć z synem. Trzeba go stamtąd wyciągnąć. Przez resztę życia zawsze już będzie trzeba coś robić.

Kazała Swietce poszukać informacji o odszkodowaniach. Bo jeśli nie ma nóg, to chyba dostaje się status osoby niepełnosprawnej, od razu pierwszą grupę. Utrata zdolności do pracy. Swietka szukała i szukała, aż znalazła w telefonie, że za ciężkie rany przysługują prezydenckie wypłaty w wysokości trzech milionów, za niepełnosprawność jeszcze milion, a po odejściu ze służby prawie kolejne trzy. Kiedy uzbierało się tych milionów — choć były tylko wyobrażone — Tatianie od razu ulżyło. To już co innego. Wystarczyło, żeby spłacić hipotekę, a jeszcze coś by zostało. Wyszłoby więcej, niż gdyby Sasza służył trzy lata.

Sama wzięła walerianę i zadzwoniła do Ulianoczki. Trzeba, skoro obiecała. Przemknęła jej myśl, żeby jechać samej, nie znosić Uliany w jednym przedziale pociągu obok siebie, ale trudno. Zresztą i tak lepiej mieć ją przy sobie, kiedy pójdzie do Saszy. Bo jeszcze, nie daj Boże, zacznie mu skomleć, że matka namawiała ją do aborcji, a Sasza jest wrażliwy. Jeszcze skłóci ich ze sobą, tych dwoje, odpukać. A on przecież ranny, po co mu to? Nie, dopóki będą jechać w przedziale, mogą po kobiecemu wszystko sobie wyjaśnić i się pogodzić.

A może już zrobiła aborcję?

Najpierw chciała, żeby już ją zrobiła. Żeby Ulianoczka odczepiła się od nich, nie łasiła się do Saszy i nie rościła sobie do niego praw. A potem Tatiana przypomniała sobie, że teraz jest bez nóg. Beznogiemu niełatwo będzie znaleźć sobie inną narzeczoną. A tu sprawa jakby już załatwiona. Swoja, znajoma. A jeśli się ożeni, niech się żeni; akurat nasypią im tyle samo prezydenckich pieniędzy za beznogiego, ile Tatiana myślała wygospodarować z żołnierskiej pensji. Wystarczy i dla nich, i dla niej. Trzeba tylko teraz ułożyć sobie stosunki. Wziąć Ulianoczkę na wodze.

Ale czy ona będzie przy nim siedzieć? Tatiana już za pierwszym razem, gdy zobaczyła Ulianę i dowiedziała się o masażach, od razu zrozumiała — nie można na niej polegać. Masażyk czy burdel, niewielka różnica. Jak człowiek pozna, jaki lekki zarobek daje ta szparka, to spróbuj potem ciągnąć harówkę w fermie drobiu i wąchać ptasie gówno. Pewnie nie zechcesz. Potrzebna im taka synowa w domu?

A jednak…

No, niech będzie, jak będzie.

W słuchawce wciąż piszczało długim, komarzym sygnałem; Tatiana już chciała się rozłączyć, kiedy Ulianoczka wreszcie się ocknęła.

— Tak, Tatian-Nikołajewna. Dobry wieczór.

— Długo ci zeszło! Nie przeszkadzam?

— Nie, nie. Jak się pani czuje? Co nowego?

— A co tu nowego… Sama wiesz. Słuchaj no. Myślę, żeby jechać. Ty też pojedziesz? Miałaś jechać.

— A kiedy pani myślała?

— No, choćby jutro rano.

Ulianoczka coś tam zamyśliła się. Tatiana poczekała, poczekała, aż w końcu nie wytrzymała: no, jak nie chcesz, to nie. Moja rzecz zaproponować.

— Czy może masz pracę?

Tamta się ożywiła.

— Praca, tak, Tatian-Nikołajewna! Nie urwę się tak z dnia na dzień. Może pojedźmy jutro wieczorem? Są przecież nocne pociągi do Moskwy.

— Są? Jeszcze nie sprawdzałam.

— Dawniej zawsze były.

Wieczorem? Mówiąc szczerze, Tatianie też bardziej pasował wieczór. Spokojnie dokończyliby dziecięcy pokoik, ugotowałaby im choć garnek kapuśniaku na dwa dni, żeby nie żarli na sucho z lodówki, i pojechaliby nocnym, naprawdę. Trzeba jeszcze gdzieś mieszkać, a pewnie niczego nie znajdą.

— No dobrze, jedźmy wieczorem.

Saszka poczeka, nic mu się nie stanie.

• • •

Uliana wróciła do stołu cała roztrzęsiona. Niby wywalczyła sobie odroczenie, a i tak. Wszystko działo się szybko, szybciej, niż by chciała, a przed nią był taki czas, kiedy nie będzie już można użalać się ani nad sobą, ani nad nikim innym.

Położyła ręce na stole, ale podskakiwały. Schowała je na kolanach.

Wujek Maksim wrócił z ulicy z bezużytecznym szampanem; niby zdążył odetchnąć, ochłonąć, a rozmowa i tak się nie kleiła. Słychać było, jak noże zgrzytają o porcelanę. W domu, kiedy była kłótnia, Uliana jadła przy włączonym telewizorze, żeby cisza tak jej się nie wwiercała w uszy, a tutaj telewizor był zakazany. Po cholerę go w ogóle kupowali.

Tylko ciocia Marina co chwila zerkała na Ulianę znacząco i cicho się uśmiechała, jakby mówiła: no proszę, mamy z nim obie swoją tajemnicę. Ale po rozmowie z matką Saszy ta struna, na której można było Ulianę zagrać, a ona cicho odpowiadała śpiewem, naciągnęła się za mocno i teraz dźwięczała zbyt wysoko i groźnie. Uliana już to w sobie słyszała, ciocia Marina jeszcze nie.

Poszatkowali i przeżuli cały sałat, przyszła kolej na rybę. Znowu ręce w rękawice, znowu z piekarnika, jak z piekła, buchnęło gorącem — ciocia Marina starannie wyłożyła okonie, zapachniało rozmarynem. Zaczęli obierać rybę z ości i włókien. Dwa kieliszki z bąbelkami stały nietknięte, tylko wujek Maksim sobie dolewał. A im więcej dolewał, tym więcej jakiegoś gówna w nim bulgotało. Było to widać — zdradzał go tik. Raz marszczył nos, raz wykrzywiał usta, raz mrużył oczy. Nie, jeszcze nie skończył przemowy, zrozumiała Uliana.

— A za co jeszcze nie piliśmy? — spytał.

— Za zdrowie Saszy — odpowiedziała mu stanowczo.

— No to dawaj, za zdrowie Saszy.

Uliana podniosła kieliszek i umoczyła usta. Ciocia Marina też, ostrożnie — i ostrzegawczo zerknęła kątem oka na męża. Wujek Maksim pociągnął solidny łyk, nie żałował sobie. Potem stuknął paznokciem w szkło: zadźwięczało bardzo wysoko i cienko.

— Byłaś u niego? Co mówi?

— A co ma mówić? Przyzwyczaja się. Myśli, co dalej. Już dobrze.

— Dobrze?

— No a co. W jego sytuacji.

— A on… No… W ogóle to przeżywa? Zastanawia się, jak się znalazł w tej sytuacji?

— Maksim — wtrąciła ciocia Marina.

— Nie, wszystko okej, ciociu Marin.

— Maksim, człowiek dostał wezwanie. Nad czym tu się zastanawiać? Nie ma dokąd uciec, wstał i poszedł. Znowu patrzysz ze swojej dzwonnicy…

Wujek Maksim łyknął jeszcze więcej, zakrztusił się bąbelkami i skrzywił. Nie chciał zwracać uwagi na żonę. Chciał dalej dłubać w Ulianie, chciał ją też — na ości i włókna.

— A jak my wszyscy znaleźliśmy się w tej sytuacji? No, on to jeszcze, ale ty?

— A co ja?

— No, zastanawiasz się, jak i dlaczego wszyscy znaleźliśmy się w tym punkcie?

— Kto to „my”?

— Maksim.

— My to ty, on, ja, Marina. Wszyscy. Jak do tego doszło?

— Może powie pan już wprost?

Uliana odłożyła nóż, odsunęła się od ryby, której zdążyła zjeść zaledwie kawałeczek.

— Ulian, nie trzeba. Nie musisz…

— Czyli żadnej refleksji.

— Zero refleksji — powiedziała Uliana, bezczelnie patrząc wujkowi prosto w oczy.

Jeśli trzeba jeść waszą rybkę razem z kazaniami, to jebać to. Wszystkie dokumenty gotowe, jutro będzie miała ślub w używanym welonie, zarejestrują związek, zacznie się całkiem inne życie; tam już nikt nie będzie jej prawił morałów ani uczył rozumu — tam Uliana nie będzie u życia gościem, tylko sama sobie panią.

Wujek też odłożył sztućce.

— Szczerze mówiąc, jestem po prostu zdumiony. Zabierają ci chłopaka. Zabierają go, być może na śmierć, pod jakimś kompletnie brednym, wyssanym z palca pretekstem.

— Maksim! Przestań, nie psuj wszystkim kolacji!

— Marynko, naprawdę uważasz, że tak łatwo zepsuć tę wspaniałą kolację?

— Proszę cię…

— A ja proszę ciebie! Czy mogę chociaż u siebie w domu nazywać czarne czarnym, a białe białym? W pracy — milcz, na ulicy — milcz! Czy chociaż w domu nie muszę się bać mówić prawdy? Czy w domu mogę mówić o wojnie, a nie nazywać jej „SVO”?

Uliana uśmiechnęła się drwiąco.

— A dlaczego milczy pan na ulicy? Przecież pan nie milczy.

— A ty dlaczego milczysz? Zabrali ci chłopaka! Po prostu capnęli go jak pańszczyźnianego chłopa, i tyle! Niszczą całe życie i jemu, i tobie. Po prostu biorą człowieka i przepuszczają przez maszynkę do mięsa. I mało tego, że jego samego przez nią przepuszczają, to jeszcze robią z niego narzędzie… Dobra. Nie, wcale nie dobra! Narzędzie zbrodni. I naprawdę nadal nic do ciebie nie dociera? Przecież chyba nie jesteś głupia, Ulianoczko!

Może właśnie to ją dobiło. Czerwona błona wciągnęła wujka Maksyma. Gdyby Uliana była dawną sobą, może spuściłaby wzrok i dalej jadła okonia, gromadząc zapasy białka i tranu. Co za różnica, przecież zostało już tylko trochę wytrzymać! Do jutra. Ale ta Uliana, która przyjechała do Moskwy pociągiem z tymi jebniętymi żołnierzykami i chodziła do Saszy do szpitala, była już jakaś inna, nerwowa.

No dobra, nieważne. Gościła — i wystarczy. Przechyliła głowę i wyraźnie wypaliła:

— A czemu on niby jest pańszczyźnianym chłopem? Sasza sam poszedł.

Wujek wcale się tego po niej nie spodziewał. Surowa, nauczycielska mina z niego zeszła i opadła, choć tak się nadymał. Masz, dostałeś w pysk, podpisz się.

— W jakim sensie?..

— Jak to w jakim? W dosłownym. Podpisał kontrakt.

— Jako ochotnik? To ci, którzy idą za pieniądze?

Spojrzał na żonę — osłupiały. Ona tylko poruszała ustami, sama jak ryba. Pokręciła głową: nie wiedziałam, nie wiedziałam, chciała powiedzieć… No nic, teraz już się dowiedziała. Jak długo Uliana miała to w sobie dusić? Połknijcie to.

— Przecież powiedziałaś nam, że dostał wezwanie… Mówiliście mi, że dostał wezwanie, że go zmobilizowali!

Uliana mrugnęła, ale tylko na chwilę straciła rezon.

— A co mają do tego pieniądze?

Wujek Maksim wciąż próbował zapanować nad twarzą, ale trzęsły mu się policzki, a oczy miał zaczerwienione i łzawiły od ledwo powstrzymywanej wściekłości.

— Jak to co? Wszystko ma z nimi związek! Nie udawaj teraz niewiniątka, dobra? Ile milionów mu się należy? Pięć? Siedem?

— A co tak liczycie, wujku Maksimie? Wasze, czy jak?

— Dzięki Bogu, że nie moje…

— Uliana! Błagam! Nie możesz się denerwować…

Ale nie chciała, żeby teraz obchodzili się z nią ulgowo, z pobłażaniem. Już po wszystkim, wyszła na arenę. Obudził się w niej, kurwa, Chabib.

— A jak myślisz, Ulianeczko, za co mu płacą takie pieniądze? Pięć milionów rubli! Tyle nie zarobisz przez całe życie!

— Bo ryzykował życiem, właśnie tyle z tego wynika.

— Wielu ryzykuje! Robotnicy na budowie łażą po wysokościach, ryzykują! Aż tyle im płacą? Nie. Nie za to.

— A za co?

— Za to, Ulianeczko, że poszedł tam zabijać innych ludzi, którzy nic złego mu nie zrobili. Poszedł zabijać i torturować innych żywych ludzi, którzy żyli sobie w swoim kraju, w swoich domach. Przecież wie, że zabijanie ludzi jest złe, że to grzech, tak go wychowano, prawda? A tam są tacy sami ludzie jak my! Ukraińcy. Mówią naszym językiem, mają takie same imiona i nazwiska jak my. Takie same domy, meble, dywany. I właśnie po to, żeby o tym nie myślał, żeby nie bał się ich zabijać i nie czuł wstydu, dają mu takie pieniądze. Pięć milionów! Ludzie w Gazpromie tyle nie zarabiają! A wiesz, kto tyle dostaje?

— Kto? No kto?

— Płatni mordercy! Najemnicy!

I wtedy Ulianę już całkiem rozerwało: zerwała się i spojrzała wujkowi prosto w oczy. Krzesło się przewróciło, kieliszek upadł, zwietrzały szampan rozlał się po podłodze.

— Nie po to tam poszedł! — krzyknęła. — Nie znacie go, a ja znam! Sasza nie jest żadnym mordercą! Jest dobry! Wrażliwy! Poszedł tam, bo krzywdzili naszych ludzi! Poszedł tam dla nich!

— Dla kogo? Dla jakich ludzi?

— Dla Rosjan, jakich! W ogóle wiecie, z kim oni tam walczą? Nie walczą tam z Ukraińcami! Walczą z całym Zachodem! Mówicie o maszynce do mięsa, a to ich, ich wrzucają do tej maszynki! Zwykłych Ukraińców! Wysyłają ich przeciwko naszym chłopakom! Wiecie, w jakich warunkach? Jemu odcięli nogi, więc na chuj mu te wasze miliony?!

Ciotka Marina schowała twarz w dłoniach i milczała. A wujek Maksim też wstał — otrząsnął się z całej tej swojej pieprzonej uczoności, która i tak pękła na nim w szwach — i po prostu wrzeszczał.

— Sam sobie winien, że mu je odcięli, skoro się tam pchał! Jeśli dla pieniędzy, to idiota, a jeśli z głupoty, to też idiota! Koniec! Nie mogę już słuchać tych bzdur!

— Wypełniał swój obowiązek! Obowiązek! Nie możecie zrozumieć, co? Oczywiście. Skąd mielibyście! Dobra. Smacznego.

Wypadła jak z procy, rzuciła się na łóżko. Leżała, cała roztrzęsiona; tętno chyba dwieście, serce waliło o żebra. Wiedziała, że mogła zostawić w tej kłótni na koniec decydujące słowo, i ledwo się powstrzymała, żeby nie wypowiedzieć go na głos. Bo wtedy wszystko stałoby się już nieodwracalne.

• • •

Marina cicho, ostrożnie, szczelnie zamknęła drzwi. Potem usiadła na swoim miejscu, położyła ręce na stole i zaczęła się im przyglądać. Tak może poddaje się jakiś inżynier, kiedy rozumie, że naprawiany przez niego skomplikowany mechanizm już nigdy nie zadziała, a miesiące pracy poszły na marne. Znał ten nieobecny wyraz twarzy: Marina nigdy nie krzyczała na Maksyma, ale umiała nieporównanie lepiej, przy użyciu minimum środków, wyrazić całkowite rozczarowanie nim.

Zdarzało się, że to milczenie uderzało go w splot słoneczny znacznie mocniej niż otwarta kłótnia czy histeria. Ale teraz Maksim wiedział na pewno, że ma stuprocentową rację, więc nie przerywał ciszy.

— Ona jest z nim w ciąży — szepnęła Marina.

— Jeszcze gorzej!

Warknął, ale na chwilę stracił równowagę. Zrozumiał te porozumiewawcze spojrzenia kobiet, całą tę tajemniczość i znaczące miny, w końcu histerię Uliany. Oblał go wstyd, ale odepchnął go od siebie: co jej ciąża ma wspólnego z istotą ich rozmowy? Nic!

— Można ją zrozumieć, Maksim.

— Nie! Nie można jej zrozumieć! — uparcie pokręcił głową. — Co tu można zrozumieć, Marina?! Co jedno ma z drugim wspólnego? Jeden poszedł za pieniądze zabijać, a druga z nim wpadła… Oddzielmy muchy od kotletów!

— Zrozumieć ją po kobiecemu. Kiedy jesteś w ciąży z mężczyzną, kiedy go kochasz, oczywiście zawsze go usprawiedliwisz… — poprosiła Marina. — Przecież on jest twój! Nie może być zły. Jesteś wrażliwy, Maksik, jak możesz tego nie czuć?

— Nie, nie. Nie, nie, nie. Chwileczkę! To nie jest „mamo, kocham złodzieja”, Marisz! Tu chodzi o coś innego! Na każdym słupie wieszają reklamy zabijania za pieniądze! We wszystkich telewizorach nazywają to bohaterstwem! To całkowite, całkowite odwrócenie sytuacji! A to jest zabójstwo! W gruncie rzeczy ludobójstwo! I tak, odzwyczailiśmy się już o tym mówić, nie zwracamy uwagi na te słupy, ale teraz po prostu wciskają nam to w twarz. I mówią: to jest normalne. Zabijać — normalne. Jutro obozy koncentracyjne staną się normą! I ty też wtedy powiesz: no, zaszła w ciążę z nadzorcą, można ją zrozumieć?! Marin… Wiesz, nie lubię przeklinać, ale to jest po-pierdolone. Nie chcę tego rozumieć. Jeśli ty to zrozumiesz, wkrótce zaczniesz się z tym zgadzać. Do tego już tylko krok.

— Ona jest po prostu dziewczyną…

— Ma trzydzieści lat! Jaką znowu dziewczyną?! A on to niby zwykły chłopaczek, tak? Nie. Posłuchaj, szkoda mi jej jako człowieka, że znalazła się w takiej sytuacji. Z tą ciążą. Dobra, szkoda mi jej! Ale jego mi nie szkoda. Odmawiam użalania się nad nim. Wziął pieniądze… Koniec! I nie będę się bawił w te idiotyczne ustępstwa dla ciężarnych. Można?

— No, ulegli pokusie… Oboje pochodzą z biednych rodzin… Ulianeczka na pewno. No, zwabili ich w tę pułapkę. Wziął pieniądze, tak. I co z tego? Ludzie klepią biedę… A tu coś takiego… Można zrozumieć, jeśli się postarać… Przecież nie mówią im: idźcie zabijać, tylko: idźcie bronić ojczyzny. Ojczyzny!

— Nie. Nie można! Jest Telegram, są kanały; jeśli nie chcesz czytać niezależnych mediów, poszukaj na Telegramie, wszystko od razu stanie się jasne, za co są tam te pieniądze… Nie! Żadnego zrozumienia dla nich, żadnego współczucia! Nie!

Maksim walnął pięścią w stół, naczynia podskoczyły i zadźwięczały ze strachu. Czuł, jak przez jego ciało przepompowuje się wrząca krew. Miał ochotę walnąć pięścią także jakiegoś człowieka. Kogo? No, Saszę, gdyby miał nogi.

— A co nam zostało oprócz współczucia? — Marina spojrzała na niego z uporem. — Co nam zostało? Co w ogóle czyni nas ludźmi?

— Nie. Nie, to nie tak! Co nam zostało oprócz jasnych zasad? Jak mam ci to jeszcze wytłumaczyć? Jesteśmy w brzuchu potwora, rozumiesz? Gotujemy się w jego kwasie żołądkowym. A tym kwasem jest właśnie niejednoznaczność. I ona nas trawi. Jeśli nie będziemy się trzymać tego, co najprostsze — że na świecie istnieje wyraźne dobro i zło, czerń i biel, rzeczy dopuszczalne i niedopuszczalne; jeśli zgodzimy się z ich jezuickimi tezami, jeśli zaczniemy widzieć świat w pięćdziesięciu odcieniach szarości, to po nas, koniec, ugotujemy się i staniemy się takimi samymi bezkształtnymi ochłapami jak wszystko, co przepływa obok nas w tej cuchnącej brei. Właśnie przez to nas biorą: zmuszają nas, czy to podstępem, czy uporczywym naciskiem, żebyśmy to przyjęli; podsuwają nam raz taką perspektywę, raz inną, aż znajdą punkt widzenia, z którego zabójstwo niby przestaje wyglądać na zabójstwo, a zaczyna wyglądać na coś innego, coś, co można zaakceptować. A to jest nieludzkie!

Maksim chodził po kuchni; od rozlanego szampana unosił się kwaśny smród, leżała niedojedzona ryba, jakby on i Marina naprawdę pluskali się w sokach żołądkowych jakiegoś potwora. Wpatrywał się w okno, żeby nie patrzeć na żonę; przyjrzał się uważniej — a tam zamiast okna był ciemny akwarium, w którym oboje byli zamknięci i obijali się o ściany; z Moskwy nic nie zostało.

— Nieludzkie jest nie wybaczać, Maksim. Tak właśnie osądzać ludzi po inkwizytorsku — to jest nieludzkie. Nie dawać im prawa do skruchy.

— To demagogia, Marina! Nikt tam nie zamierza żałować, nie słyszałaś? Nie rozumiem, dlaczego jesteś po jej stronie? Czemu nie jesteś po mojej? Wytrzyj już ten szampan, dlaczego żyjemy w chlewie?!

— Sam wytrzyj. Wytrzyj, wytrzyj, Maksim, ten szampan. Czemu cały czas mi rozkazujesz? Co nazywasz chlewem? To ja, nawiasem mówiąc, tutaj utrzymuję porządek. Przez cały ten czas. I tutaj — wskazała palcem skroń. — Wiesz o tym. I nie jestem po jej stronie. Po prostu wiesz, ilu moich znajomych pokłóciło się na zabój z własnymi dziećmi, rodzicami, mężami? Nie sposób zliczyć! Przez całą tę sytuację, przez wojnę! Co jest twoim zdaniem ważniejsze — cała ta retoryka czy to, żeby rodzina się trzymała? Wybacz, ale dla mnie ważniejsza jest rodzina. Bo rodzina jest czymś realnym, tym właśnie jest życie. A żeby ją utrzymać, chcąc nie chcąc, trzeba iść na kompromisy.

Maksim podszedł do zlewu, chwycił ścierkę i z nienawiścią zaczął szorować lepką kwaśną breję.

— Proszę bardzo. Wytrę. Żaden problem. No proszę, okazuje się, że to ona jedna utrzymuje tu porządek, patrzcie państwo… Kompromisy… A powiedz mi… To taki sam kompromis jak umieszczanie portretów „bohaterów Specjalnej Operacji Wojskowej” na przystankach przed dziewiątym maja, żeby zachować pracę? Czy jednak nie? Skoro już rozmawiamy. Nie zamierzałem, ale sama zaczęłaś…

— Maksim…

— A opowiadanie dzieciom w szkołach na festiwalach dżemu o wyzwolonym Mariupolu, kiedy wiesz, ilu tych uczniów tam… To też taki sam kompromis?

— To nieuczciwe!

— Nieuczciwe? A może właśnie uczciwe? W domu powtarzaliśmy te wszystkie mantry: wojna jest złem, wojna jest zła, kraj stacza się w przepaść, i wydawało się, że pozostaliśmy przyzwoitymi ludźmi, jakbyśmy zostali po właściwej stronie historii. Tylko że w pracy — ale to ściśle zawodowo! — karmimy uczniów opowieściami, że dzieci w Mariupolu są szczęśliwe! Dosładzamy im to dżemem i wciskamy, a oni nic nie rozumieją i jedzą. My przecież wiemy, co było napisane na asfalcie przed mariupolskim teatrem dramatycznym, kiedy nasze lotnictwo go zrównało z ziemią, ale uczniowie nie wiedzą — i się nie dowiedzą. Od tej pory Mariupol będzie im się kojarzył z dżemem. Tak? Tak, jeśli się nad tym zastanowić. Po to właśnie gotowali dżem za pieniądze z miejskiego budżetu. Ale nie myślmy w tę stronę, wymyślmy sobie inną historyjkę: że czasy są trudne, ludzie mają depresję, trzeba ich jakoś pocieszyć, a święta i festiwale są dobre. Sami też będziemy wpierdalać ten dżem. Zmieniliśmy Moskwę w miasto-ogród, przywieźliśmy dziesięć tysięcy drzew w donicach! A co się dzieje w piwnicach tego miasta-ogrodu, a raczej — jak się teraz mówi — na piwnicach… Cóż, nie będziemy tam patrzeć! Będziemy patrzeć na kwiatki i to, co ładne! Oto twoje kompromisy, Marin! A przy okazji nie stracimy miejskiego kontraktu, ba, następny będzie jeszcze tłustszy, skoro tym razem tak świetnie się spisaliśmy! To właśnie jest uczciwe. Bądźmy uczciwi wobec samych siebie, co?

Marina wysłuchała całej jego tyrady od początku do końca, odwróciła się, potem wstała i zaczęła sprzątać ze stołu. Zgarniała połamane kawałki ryby do wiadra, hałasowała naczyniami, stłukła kieliszek do wina. Rozpłakała się. A więc jednak doprowadził ją do łez. To, co się w nim kotłowało i bulgotało, domagało się, żeby ją dobił, złamał, aż się rozpłacze, bo bez jej łez nie mógł rozładować napięcia; zostałby w nim milion woltów ładunków statycznych, od tego zaduchu można by stracić przytomność. A teraz — huknęło, błysnęło, lunęło i od razu lżej się oddychało. I gdy tylko puściły jej hamulce, Maksim otrzeźwiał i się opamiętał.

— Wybacz mi — powiedział innym głosem, znów swoim. — Nie chciałem.

— Chciałeś. Od dawna chciałeś mi to powiedzieć, wiem. Myślisz, że niczego nie zauważam, niczego nie rozumiem? I słusznie mi się należy. A co mogę zrobić? Niedługo nie będzie już miejsca, do którego nie wdarłaby się polityka. Dokąd mam pójść? Albo tak, albo bez pracy. Myślisz, że za każdym razem nie pytam samej siebie: czy właśnie teraz przekroczyłam granicę, czy jeszcze nie? A oni tak delikatnie to podają, rozumiesz? Tam też są ludzie, którzy nie tyle popierają, co po prostu mają taką pracę. Normalni ludzie. Wszyscy tak pracują i wszyscy po trochu wciągają w to innych. Tak to sprytnie wymyślono. Przecież w tych donicach z drzewami nie ma nic złego, prawda? Jeśli patrzeć na nie osobno. Miasto pięknieje, wybacz wyrażenie, gdzie tu przestępstwo? I sam dżem też.

— W Auschwitz tylko jeden człowiek osobiście truł tysiące innych Cyklonem B, wiesz? I był żydowskim więźniem. Pozostali po prostu organizowali cały proces… — powiedział Maksim. — Nie myśl, że mówię to tylko tobie… Mówię to także sobie.

— To mów sobie. Czemu mi ciągle wypominasz tego nieszczęsnego Żyda… A dokąd ty sam niedługo pójdziesz? Tak, Maksim, kompromis. I sam wiesz, ile mnie kosztuje… Wiesz, że bez tabletek już nie potrafię funkcjonować… Po co wszystkich przesłuchujesz?

Maksim ją złapał, wyrywała mu się; spróbował ją pocałować, opierała się. Wtedy objął ją mocno, jak zapaśnik przeciwnika.

— No wybacz mi, proszę… Naprawdę, wybacz. Po prostu jestem bardzo zmęczony. Jestem zmęczony.

Potem Marina ucichła — ale gdy tylko ją puścił, natychmiast się odsunęła.

— Tak nie można, Maksim. Trzeba żyć dalej. Po prostu żyć! Rozumiesz?

• • •

Oczywiście nie mogła zasnąć, nie mogła też wyjść z pokoju. Uliana skuliła się w kącie łóżka, jak najdalej od wejścia, cała spięta, jakby zaraz miał wpaść po nią oddział specjalny. Ale nikt nie przychodził. Nie zamierzali się z nią godzić ani przepraszać.

Dlaczego od razu uczepił się tych pieniędzy? Co go obchodzą te pieniądze? Zazdrościł, czy co? Sami mieszkają w takich pałacach, co drugi dzień chodzą do restauracji, a tu od razu: miliony, miliony. Jeszcze zanim Sasza jej wszystko wyjaśnił, Uliana wiedziała, że nie poszedł tam dla pieniędzy; przecież się na nich nie znał, głuptas.

Uliana wyciągnęła się, zamknęła oczy, myślała, że zapadnie ciemność, ale przed oczami tańczyła kuchnia i wykrzywiona twarz wujka Maksyma, kiedy na nią szczekał. Aż oszalał, kiedy usłyszał o kontrakcie. Uliana wiedziała, że zaraz mu korki wystrzelą, i niech wystrzelą, bo nie chciała ukrywać tego przed tymi moskwianami, nie chciała się tego wstydzić.

Za zabijanie! A kogo on tam niby zabił? Ręce ma z dupki, nikomu porządnie przyłożyć nie umie; za każdym razem, kiedy odprowadzał Ulianę po ciemku, cały się kulił, podwórkowi się z nią witali, a jemu potem ze strachu pociły się ręce. Miliony… A ile to jest warte, wujku Maksimie, kiedy jedziesz na SWO, gdzie zabijają, na wojnie, a ty nie możesz inaczej, rozumiesz, że nie masz prawa zostać w domu, po prostu stajesz w obronie swojego kraju, bo tak trzeba, bo ktoś musi, tak jak tamci chłopcy w pociągu — wierzysz, że jeśli teraz tam nie pójdziesz, to oni przyjdą tutaj, nieważne, Amerykanie czy nie Amerykanie, więc podpisujesz kontrakt, a państwo co? Państwo ma potem zostawić żony z dziećmi bez chleba? Co to by było za państwo? Płacą, no płacą, tak — płacą, żeby ci, którzy walczą, wiedzieli, że w razie czego ich rodzina nie pójdzie żebrać, że będzie za co wychować dzieci choć trochę. A tych milionów nie ma aż tak dużo, wszystko drożeje, pieniądze tracą na wartości; dzisiaj wydaje się: „O kurwa! Pięć milionów!”, a jutro już za to nie kupisz ani mieszkania, ani samochodu, ani w ogóle niczego. No i co? Nie, to sprawiedliwe, że płacą, dobrze, że ich nie zostawiają. Co jest lepsze — to, że u nas werbują ochotników i im płacą, czy u nich, gdzie na ulicach dopadają od tyłu, wykręcają ręce, wrzucają do busa i bez przeszkolenia wysyłają na front, na mięso; ile oni tam w ogóle żyją, dzień, dwa? To przecież uczciwe, że jeśli ludzie ryzykują, coś im się od państwa należy. Co mają do tego ci twoi monterzy wysokościowi? Odpowiadają tylko za siebie, idą na swoją budowę czysto dla kasy, a nie bronić własnego kraju. Chcesz powiedzieć, że nie mają ubezpieczenia? A te świadczenia dla żołnierzy, za śmierć i inwalidztwo, w połowie są przecież ubezpieczeniem. Co, mają po prostu zdechnąć, i tyle, żeby matki nie miały nawet za co ich pochować? A inwalidzi? A Sasza? Państwo też nie ma mu pomagać, ma radzić sobie sam, mają go wypisać w drewnianej skrzyni zamiast wózka, żeby żebrał w pociągach? Nie, czasy są inne i chwała Bogu, że państwo na to stać. I co, gorzej, że pieniądze z całej tej ropy trafiają do ludzi? Lepiej niby, żeby dalej budowali za nie swoje pałace? To sprawiedliwe, że wreszcie trafiają do ludzi, to uczciwe. Ludzie nigdy w życiu nie widzieli takich pieniędzy, w przeciwieństwie do was tutaj, w Moskwie. Jakim prawem nas osądzasz swoją miarą? Co ty i twój Kiriuszeńka możecie o tym wiedzieć? Raz pojechał do Wołogdy, na wieś, żeby zobaczyć prawdziwego żywego koguta, jasne, że jemu te pieniądze nie są potrzebne, bo jego tata pracuje w Moskwie, ma własny sklep, a mama też ma zajęcie. A jakie są moskiewskie pensje, powiedz? Jeszcze mi podziękuj, że nie walnęłam cię w najczulsze miejsce. Jedna prokuratorka z Wołogdy mi nie wystarczy, jeszcze ty będziesz się przypierdalać. Wychowałeś sobie takiego wielkiego kretyna, co noc łazi po klubach, pewnie jeszcze zapłaciłeś, żeby wojskowemu z komisariatu zanikła pamięć, czy było wezwanie, czy nie. A ja mam jak wychować tego szkraba, podpowiesz?

Jutro pokażę Saszy zdjęcie, ale się zdziwi; welon oczywiście jest odjechany, ale w sumie nawet zabawny. Trzeba kupić szampana, to jeszcze jakieś sto pięćdziesiąt rubli; rano od razu pójdę. I jeszcze cukierki dla niego, alkoholu pewnie nie może. A przy okazji opowiem mu kawał o tym, jak gość w środku ocenił cukierek.

Poleżała. No i co, już wszystko? A jednak coś ciągnęło ją w brzuchu. Ryba nie ryba…

Wzięła telefon, poklikała trochę, ale wcale nie zrobiło jej się spokojniej. Rolki i TikToki zaczęły ją wkurzać; nie miała już ani ochoty się śmiać, ani po prostu zainteresowania nimi, duszę miała jak puste wymię: naciskaj, nie naciskaj — tylko bolało. Nie, w tym telefonie musi być jeszcze coś. Przecież można tam znaleźć wszystko, jeśli się poszuka. Zaczęła szukać tych jego nazw. Jak to było? Meduza? Nie chciała, ale zapamiętała — nawet nazwa była śliska. Nie znalazła. Zastanowiła się, włączyła VPN, poszukała przez AI, przez czacik.

Czacik podpowiedział — tę stronę.

Na samej górze od razu — WOJNA, DZIEŃ TYSIĄC DWIEŚCIE TRZYDZIESTY PIERWSZY, wszystko wielkimi literami, wszystko na czerwono. A w wiadomościach — rocznica rosyjskiego ataku rakietowego na dziecięcy szpital Ochmatdyt. Zdjęcia płonącego szpitala, ratowników na gruzowisku, słupy gęstego dymu; coś ścisnęło Ulianę, ogarnął ją strach. Zaraz, ale to było przecież dawno, a co jest nowego — proszę, miasta Biełyckie i Rodynśke zostały zbombardowane FAB-ami, zginęły dwie kobiety, siedem zostało rannych… No, bez przesady… Potem poklikała jeszcze w linki, a tam znowu — Rosja bombarduje, Kijów płonie, wieżowce, nazwy dzielnic nieznane, ale domy takie same jak w jakimś Odincowie, jak na moskiewskich peryferiach. Rakiety trafiły w mieszkalny wieżowiec, znowu pożar, znowu dym, znowu ratownicy. Ależ dramat, dramat! A czemu to u was tylko Rosja bombarduje? Tylko jedna strona prowadzi wojnę, czy jak? Dalej — i wyskoczyła wiadomość o Mariupolu, że Rosja coś tam odbudowuje, no proszę, dobrze przecież! A oni zaczęli porównywać to z tym, jak wszystko zbombardowali podczas szturmu — czarne, martwe miasto, z całych kwartałów zostały same szkielety. Ta czerń jakby zaczęła wypełzać z ekranu i wpełzać Ulianie w oczy, gromadzić się w nich, kapać do splotu słonecznego, zbierać się aż po gardło. A tam jeszcze link — o tym, jak wygląda życie na froncie, i choć nie chciała, musiała czytać. O rannych, po których nie przyjeżdżają, o ukraińskich jeńcach rozstrzeliwanych na miejscu, o haraczach ściąganych od żołnierzy przez dowódców. No jasne, a u nich tam nie ściągają, co?

Oczywiście nie było tam tylko o bombardowaniach. Było też o tym, że gdzieś kogoś aresztowali za zdradę stanu, gdzieś ktoś doniósł na kogoś do FSB, gdzieś kogoś zgarnęli za repost, bo występował przeciwko SVO, niemal za same lajki — ot, jak strasznie się u nas żyje, dosłownie oddechu złapać nie można.

Czytała, czytała, czytała, czytała — i dała sobie spokój. No jasne, wrzucajcie tu same wiadomości o tym, jakie to my, Rosja, jesteśmy gówno. A gdzie schowaliście artykuł o tym, że ukraińskie drony uderzyły w naszą fabrykę? Oni nas bombardują, a my mamy siedzieć cicho jak mysz pod miotłą? Jesteśmy jakimiś frajerami, czy co? Wszystko jasne z tą waszą „Meduzą”, reszty w zasadzie można już nie oglądać. Oczywiście, to my wszystko zaczęliśmy, to my kontynuujemy, to my bombardujemy, to my szatan, to my Hitler, to my rozstrzeliwujemy jeńców, gwałcimy cywilów, a za reposty dajemy dożywocie! No i co można na to poradzić, takie z nas bestie z natury! To mają być te twoje rzetelne wiadomości, wujku Maksimie? To właśnie jest kompletna propaganda, kiedy tak wszystko wrzucasz do jednego worka! A o przyczynach SVO nie chcecie nic powiedzieć? Chcecie tylko całych nas umazać gównem, no pięknie, brawo!

Zamknęła tę „Meduzę”, żeby nie śmierdziała. Dobrze, że was, kurwa, zablokowali, bo to żadna informacja, tylko manipulacja. Wszystko z wami jasne. Załatwione. Chcesz, wujku Maksimie, siedzieć z mądrą miną, jakbyś znał całą prawdę, to siedź, tylko mózg masz cały zarobaczony. „Prawda!” Aha, kurwa.

Wypuściła nagromadzoną czerń w przestrzeń, spuściła ją — jakoś zrobiło jej się lżej.

Dobra. Jebać ich wszystkich. Po co Uliana ma to wszystko wpuszczać w siebie? Jutro wielki dzień, powinna się raczej nastawić na coś jasnego. Wszystko przygotowała, wysłała zdjęcie zastępcy ordynatora, potwierdzili na dwunastą… Jeszcze jedna zadra — matka Saszy, jak ma jej jutro skłamać, ale to już jutro. A co tu kłamać? Może wcale nie będzie musiała. Można powiedzieć, jak jest: przepraszam, Tania-Nikołajewna, po tym, jak pani wtedy mnie potraktowała, co niby miałam myśleć? Miałam ryzykować, czy co? Proszę, oto zdjęcie, nie chce pani zobaczyć wnuka? To jego, nawiasem mówiąc, proponowała mi pani wyskrobać. Dobrze zrobiłam, że pani nie posłuchałam? Czy źle? No niech pani patrzy, patrzy, nie odwraca się. Tak jak pani syn lubi cukierki. Miałam ryzykować dla nich? Gdyby pani inaczej się wobec mnie zachowywała, normalnie ze mną rozmawiała, nie musiałabym wtedy… nawet nie przyszłoby mi do głowy tak z panią postąpić. A kiedy już łaskawie rzucacie nam z pańskiego stołu, mercedesiki, to nam już niepotrzebne. Takie jest życie — każdy sam za siebie, drugich szans nie ma. Więc spierdalać z plaży ze swoimi pretensjami. Należy mi się to, co mi się należy, żeby wychować dziecko. To nie ja o tym zdecydowałam, tylko państwo. I w ogóle, niby dlaczego miałoby być inaczej? Jesteśmy dorośli, postanowiliśmy się pobrać, to się pobieramy. Nie uwodzę przecież uczniaka. Mam prosić o pozwolenie? W którym my wieku żyjemy? Tym bardziej że już prosiliśmy i pani nas odesłała, Tania-Nikołajewna, sama pani pamięta dokąd. A teraz taki gambit — niech pani szykuje kapelusz.

Okręcała się prześcieradłem i rozwijała, raz było jej zimno, raz duszno. Nie wiadomo po co wysłała mamie swoje USG. Nie minęło pięć minut, a ta już oddzwoniła.

— To twój, czyj?

— A czyj miałby być, mamo?

— Jaki śliczny, no popatrz tylko! — mama rozczuliła się, prawie się rozpłakała.

— Mamo… A gdyby… Pomożesz mi z nim? No, gdybym została tam sama.

Pomyślała chwilę i powiedziała:

— Musisz go zatrzymać, Ulienka. Jakby co, wychowamy go we dwie. Wiesz przecież, słoneczko, jak długo marzę o wnuku. Ty tylko urodź, a ja już się resztą zajmę.

— No okej, mamuś.

Trochę jej się od tego uspokoiło.

Już przez majaki słyszała, jak Kirył wrócił ze swoich baletów i znowu coś ćwierkał do telefonu, kręcąc się po korytarzu; ciocia Marina chyba jeszcze go tam karmiła. Długo nie mogli się uspokoić. Tak bardzo chciała jak najszybciej stracić przytomność, żeby już był jutro, bo ileż można.

• • •

Śniło jej się, że rodzi, i naprawdę czuje ból, taki, jaki czuje się przy porodzie; skądś go zna. Wokół zebrali się wszyscy — i Kola Rudy ze szkoły, i Denczik, i Stas — no, krótko mówiąc, cała lista, a zarazem Sasza, obie nogi ma całe, wyleczyli go. Poród odbierał ten straszny facet, klient salonu, przez którego Uliana wyleciała z pracy. Dziecko długo się przeciska, ciężko, a do tego nieprzyzwoicie, że tylu mężczyzn stoi wkoło i patrzy; przy porodzie podobno może być tylko jeden, ojciec, a co tu robią pozostali? Ten klient, a był nagi, tak jak wtedy, gdy wyszedł do nich z Kristinką na korytarz, oznajmia, że widać już główkę, słychać dziecięcy płacz, no, dzięki Bogu, prze dalej, potem mówią — już, gratulujemy! Podają jej dziecko. Chce zobaczyć — kto to, jednak chłopiec, Sasza będzie miał syna? Patrzy — a on nie ma nóg, jedną ma uciętą do kolana, a drugiej prawie wcale.

• • •

Zaspała.

Nastawiła budzik na ósmą, ale o ósmej, w lepkiej mgle, machinalnie stuknęła w telefon, żeby przestał dzwonić. Przeleżała w tym kotle jeszcze godzinę i właśnie tuż przed przebudzeniem zobaczyła coś takiego. Jakby oblano ją lodowatą wodą, natychmiast zerwała się na równe nogi.

Pobiegła się umyć.

W kuchni, jakby nigdzie nie wychodzili, siedzieli Kirył z wujkiem Maksimem i gruchali. Rzuciła im coś niewyraźnie i zamknęła się w łazience. Odchrząknęła, zadzwoniła na komórkę Leszy: chciała życzyć Saszy dobrego ranka, powiedzieć, że już wyjeżdża.

— Siema, narzeczona. Nie ma go.

— Jak to nie ma? A gdzie jest? — zdezorientowała się Uliana.

— Zabrali go na operację. Z samego rana.

— Jak to?! Operacja była wyznaczona na czwartek!

— A czemu na mnie krzyczysz? Co ja ci poradzę? Przełożyli, no.

Spis treści

  1. Rejestracja
  2. Autor w sieci
  3. 1.
  4. 2.
  5. 3.
  6. 4.
  7. 5.
  8. 6.
  9. 7.
  10. 8.
  11. 9.
  12. 10.
  13. 11.
  14. 12.
  15. 13.
  16. 14.
  17. 15.
  18. Epilog
  19. glukhovsky.com
  20. O autorze

Szukaj

Szukaj w całej książce

Zapytaj książkę

Odpowiedzi AI z cytatami z książki.

Pytanie o książkę

Komentarz

Kod wygasa po 10 minutach. Możesz też otworzyć link w wiadomości.

Potwierdź email, aby wysłać komentarz. Prześlemy go autorowi.