Dmitrij Głuchowski · Rejestracja
15.
— Wołogda! Wołogda, przybywamy! — zajrzała do przedziału konduktorka.
Uliana oderwała się od rolek i wyjrzała przez jednolitą, pozbawioną lufcików szybę: za oknem przesuwały się silikatowe garaże i pięciopiętrowe bloki. Pociąg miękko, niczym skalpel, wjeżdżał do Wołogdy. Jeszcze raz sprawdziła torbę — czy nie ukradli pieniędzy — i wstała.
Przyjechała.
Wagon zatrzymał się niemal naprzeciw bajkowego dworca, słodkiego kremlowskiego podarku. Ludzie zaczęli wylewać się na peron i rozprostowywać zdrętwiałe kończyny. Niektórych ktoś witał. Matka Uliany nie mogła zostawić sklepu.
Przy dworcu stała grupka facetów w różnym wieku, w mundurach. Uliana tylko rzuciła na nich okiem i zrozumiała — tych dopiero wiozą tam. Na razie byli po prostu zwyczajnymi facetami, którym narzucono kamuflaż, a nie chodzącymi trupami.
Jednak wygodnie jest wozić ludzi pociągami, za jednym razem wchodzi ich dużo.
Faceci w mundurach nie zwrócili na Ulianę najmniejszej uwagi. Nie emanowało z niej teraz nic kobiecego. W ogóle. Jeszcze rano, kiedy myła zęby w wagonowej toalecie, zobaczyła w lustrze babę. I nic, nawet się nie przestraszyła. Właściwie wszystko jej zwisało.
Ile jej nie było w Wołogdzie? Tydzień?
A wydawało się, jakby nie była tu od dzieciństwa. Po Moskwie było tu jakoś pyliście, cicho, pusto, bardzo spokojnie. I ten spokój Ulianie się spodobał. Podobało jej się, że samochody jeżdżą powoli, że ludzie są ospali, że na ulicy jest tak mało głosów, iż można się wsłuchać w każdy z osobna i zrozumieć, co mówi, że nie zlewają się w jedną masę. Podobały jej się pęknięcia w asfalcie, a w nich trawa, podobali się brzuchaci faceci z saszetkami przewieszonymi przez ramię, spocone kobiety o czerwonych gębach, chude dziewczyny z chłopięcymi twarzami. Tylko krótko ostrzyżeni chłopcy o przezroczystych oczach jej się nie podobali — przypominali Saszę.
Poszła do domu, posiedziała. Potem się położyła i oglądała rolki. Kiedy trafiała się wróżba z horoskopu, od razu przewijała dalej, nie interesowało jej to. Śmieszne rolki też były głupie, wcale jej nie bawiły. Wstawała tylko, żeby zwymiotować.
Potem napisała do niej Kris i zaprosiła na piwo. Dopiero wtedy dzień nabrał jakichś kolorów. Chciała zobaczyć Kristinę, chciała jej posłuchać. Kristinka była dla Uliany jak szczeniak dla włóczęgi.
Uliana zebrała się w sobie i zaczęła malować twarz. Zrobiła sobie oczka, zrobiła sobie usteczka. Rzęski też. Wyglądało to jak maska. Malując się, zapomniała, po co jej to było. Ale na spotkanie przyszła wystrojona.
Zaprosiła Kristinkę do kawiarni. A co, miała pieniądze — pożyczyła od Saszy z pomnika. Wzięły po Bałtice. Kris patrzyła na Ulianę tak, jakby Uliana nigdzie nie wyjeżdżała, jak dawniej. Ulianie to odpowiadało.
— Szkoda go — jęknęła, kiedy Uliana opowiedziała jej o Saszy.
— No.
— No to bez stukania się kieliszkami, co?
No i tak go opłakiwały. Ale Kris nie mogła długo rozmawiać o śmierci, za dużo w niej było życia. A Uliana nie wiedziała, co opowiadać. Zresztą, nie po to się spotkały.
— No dobra, a co u ciebie?
— A co u mnie… No, z tamtym koniec, wiadomo, pojawił się jeszcze jeden, poznałam go prosto na ulicy, Denis, no też, jak to się mówi, nie jest najmądrzejszy, spedytor, ale za to taki przypakowany, miło dotknąć. No to znaczy, pytam go tam o serialiki, a on niczego, kurwa, nie oglądał, taki typowy, wiesz, chuj-pizda-Dżigurd, ale na lato chyba może być, żeby się powłóczyć, bo tak samej siedzieć to jakoś…
Uliana kiwała głową, nawet się do niej uśmiechała, żeby nie wyszło, że słabo rozumie, o czym mówi Kristinka. Ale i tak samo siedzenie obok Kristiny już działało leczniczo. Kristinka trzepotała skrzydełkami, zacierała łapki, rozglądała się, po trzech dniach doszła do siebie, wszystko ją ciekawiło, a Uliana patrzyła na nią skamieniała w swoim bursztynie i próbowała sobie przypomnieć, jak to jest i po co.
— Tylko nie ma co żreć — westchnęła Kristinka. — A tak to w zasadzie wszystko zajebiście. A ty czym się teraz będziesz zajmować?
A Uliana nie musiała się niczym zajmować. Mogła teraz po prostu włóczyć się bez celu. Ale wyobraziła sobie, jak całymi dniami leży i przewija rolki, i znowu zrobiło jej się niedobrze.
— A co w ogóle z naszym salonem? — zapytała.
— Nic. Przechodziłam obok, jest napisane, że sprzedają go razem z wyposażeniem. Ale teraz nikt go w trzy dni nie kupi.
Trzy dni temu Ulianie było wesoło i lekko na myśl o tym, jak przyjdzie do Anatolija Siergiejewicza i rzuci mu kasą w twarz, jak tamten osłupieje. Chciałaby znowu to poczuć. Masz, suko, zwalniaj mnie jeszcze. Teraz ja będę tu szefową i ja będę decydować. A ty — no już, zbieraj manatki i wypierdalaj z kadru! Uliana wsłuchała się w siebie. Jak echo „Auuu!” wraca z dna studni — tak samo słabiutko odbiło się w niej dawne przeczucie tego, jak będzie deptać Anatolija Siergiejewicza. Ale jednak coś to było, choćby jakiś dźwięk.
— Wykupię go — powiedziała Kristince. — Wykupię i przyjmę cię z powrotem do pracy. I będę ci płacić dwa razy więcej.
Kristinka aż zapłonęła z radości.
— Serio?!
— No.
— Ulianycz! Mogę cię pocałować? Jak coś, to mogę nawet z języczkiem!
Objęły się.
Kristinka przywarła do niej całym ciałem, drżała ze szczęścia. Okazywało się, że za te pieniądze można zrobić coś sensownego. Uliana nie puszczała jej, ogrzewała się przy niej.
• • •
W zakładzie pogrzebowym Tatiana nagle zaczęła się martwić, że tak ułożą Saszę, iż wszyscy zobaczą, że grzebią beznogiego. Nie chciała, żeby ludzie to widzieli. Nie dlatego, że zaczęła się wstydzić Saszy, tylko po prostu… Chciała jeszcze zrobić dla niego coś dobrego na pożegnanie. Żeby pochowali go jak przystojniaka.
Zaczęła się więc z nimi kłócić, żeby dali jeszcze dwie poduszki i ułożyli je tak, jakby to były nogi, a na wierzch położyli jakąś narzutkę. Tamci mówili, że przysługuje tylko jedna poduszka, pod głowę, a i tak jest atłasowa; jeśli chce, niech przyniesie z domu. Tatiana przyniosła więc z domu dwie porządne, pierzaste poduszki, dopiero co kupione, i zrobiła z nich Saszy nogi pod kołdrą.
Tak go więc wystroili i starannie uczesali, żeby nie było widać blizn na głowie, a czoło schowali pod papierowym wieńcem z wizerunkiem Chrystusa. Pochowali go w galowym mundurze, który kupili mu z ojcem, a matka Tatiany dała mu do rąk swoją ikonę świętego Mikołaja Cudotwórcy.
Leżał w trumnie umalowany różem, tylko oczy zapadły się głęboko i przez nie nie wyglądał na śpiącego. Tatiana siedziała obok niego i wciąż sobie przypominała: świnkę, różyczkę, ślimaki na kapuście, jak zgubił się w lesie, dwóje z matematyki i „Wujka Stiopę”. Zachwycała się plastikową lalą w trumnie, ale ta lala nie była Saszką. A gdzie wtedy był jej Sasza?
Nigdzie.
Jeszcze raz poprawiła mu odznaki na piersi, pogłaskała obcą rękę. Sprawdziła, czy spod papierka nie wystaje paskudna, brunatna blizna? Nie. Wszystko było ładne, wszystko porządne. Jak należy.
Nie chciała sobie przypominać, ale przypomniało jej się, jak Sasza patrzył na nią spod wojskowej komendy, przy autobusie, do którego go przyprowadziła. Patrzył tak, jakby to był żart, jakby zaraz wszystko odwołali i puścili go do domu na obiad.
No i potem wszyscy przyjechali, podnieśli trumnę na ramiona, załadowali ją do autobusu i ruszyli na cmentarz Kozicynski. Kiedy zjechali z głównej drogi, autobus zaczęło podrzucać na wybojach, a wszyscy siedzący przy trumnie kiwali się w prawo i lewo, podczas gdy sama trumna była dobrze przymocowana i stała równo.
Przyjechali na cmentarz, a tam tyle tych grobów! Z biało-niebiesko-czerwonymi flagami. Wyglądało to niemal nie jak cmentarz, tylko jak defilada. I wieńce, wieńce. I fotografie, fotografie. Same męskie twarze. A dla Saszy miejsce przygotowali gdzieś na samym końcu, już przy drzewach. Razem ze wszystkimi, w Alei Bohaterów. Dla Saszy wszystko już było gotowe, trzeba było tylko złożyć trumnę, a oni kopali już dalej, następny grób.
Kiedy wysiedli z autobusu, matka wybuchła płaczem.
— Saneczka, popatrz, ilu ludzi przyszło się z tobą pożegnać, wszyscy cię kochają, a ty tego nawet nie zobaczysz — mówiła do niego.
— Mamo! Idź chociaż za trumną, a nie wyprzedzaj! — syknęła na nią Tatiana.
Jej też było bardzo żal Saszy, ale teraz najbardziej potrzebował, żeby wszystko odbyło się godnie. Był przecież poległym żołnierzem. Trzeba go było pochować z należnym szacunkiem, jak należy. Zrobiła w tym celu wszystko, co mogła; Witalij się upił, kiedy się dowiedział, no i tyle go widzieli. A kto miał się zająć przygotowaniami? Tatiana. To Tatiana musiała rozliczyć grabarzy, potwierdzić miejsce, dogadać się z księdzem, dać butelkę kopaczom i wszystkim innym. Chciała sobie popłakać, a do głowy przychodziły jej głupoty. Specjalnie usiadła przed trumną wcześniej, żeby coś poczuć, a przypomniała sobie nie to, co trzeba.
No i doszli. Poprawiła Witalija, dała Temie kuksańca w kark, zwróciła matce uwagę. Z komendy wojskowej przyszedł jakiś facet w mundurze, podszedł do grobu razem z księdzem.
To był dobry dzień na pogrzeb, niezbyt gorący, białe chmurki co jakiś czas zasłaniały słońce, liście szeleściły na drzewach, którymi obsadzono cmentarne pole, osłaniając je od drogi, a ptaki ćwierkały. W taki dzień dobrze jest na daczy.
— No, Sasza, teraz tu będziesz — powiedział Witalij do syna, kiedy przynieśli trumnę.
— Aleksandr Lazarenko poległ podczas wykonywania obowiązku wojskowego w ramach specjalnej operacji wojskowej — powiedział donośnym głosem wojskowy. — Broniąc naszej Ojczyzny przed wrogiem. Wieczna pamięć bohaterowi.
Uścisnął Witalijowi dłoń, przekazał głos popowi i poszedł do innych takich samych ludzi dwieście metrów dalej.
— Ze świętymi daj odpoczynek, Chryste, duszy sługi Twego Aleksandra — zaśpiewał ksiądz. — Gdzie nie ma choroby, ni smutku, ni westchnienia, lecz życie wieczne.
Ksiądz był młody, jasnowłosy, w okularach, miał rzadką bródkę, jakby nigdy jej nie golił, a głos niski, donośny. Przeczytał pierwszą część, a potem szepnął tym, którzy stali obok niego:
— A teraz razem… — i pokazał, jak śpiewać nuty. — Wieczna pamięć!
— Wieczna pamięć! Wieczna pamięć!
I tylko dlatego, że Tatiana miała wszystkich na oku, z daleka dostrzegła Ulianę. Rozpoznała ją po wzroście i chodzie. Uliana spieszyła się, szła nie jak na cmentarzu — nie uroczyście — tylko jakby wyszła po chleb. Dobiegła, stanęła, nie przywitała się. Była ubrana, Bóg wie jak, niemal w dżinsy. Tatiana nie urządziła jej awantury tylko z szacunku dla pogrzebu. Pozwoliła jej postać. Uliana nie patrzyła na Tatianę, tylko na Saszę. Pewnie ktoś jej powiedział, Witalij.
Dokończyli modlitwę.
A Tatiana, kiedy śpiewali, zrozumiała jedną rzecz. Ta rzecz zaczęła ją kłuć od środka, ciąć tak mocno, że nie zdołała jej w sobie zatrzymać, choć obiecała sobie nie psuć pogrzebu. Stanęła u wezgłowia Saszy i kiedy Uliana podeszła, żeby pocałować go w czoło na pożegnanie, syknęła do niej:
— A ty mnie przecież oszukałaś. Powiedziałaś, że pojedziesz innego dnia. Gdybyś mnie nie oszukała, zdążyłabym go jeszcze zastać żywego. Mogłybyśmy z nim pogadać, zdążyłybyśmy.
— O czym? — zapytała Uliana, nie patrząc na nią.
— O tobie. Odwiodłabym go od tego, teraz by żył. Gdyby nie twój ślub, nasz Saszeńka by żył!
Uliana wzruszyła ramionami.
I dopiero wtedy Tatianie otworzyły się oczy, woda z nich trysnęła i rozpłakała się na głos.
• • •
Poprosili Kiriuchę, żeby tym razem wrócił specjalnie wcześniej; Marina upiekła w piekarniku wieprzowinę z czosnkiem, którą uwielbiał od dzieciństwa, podsmażyła ziemniaczki. A on i tak się spóźnił i wieprzowina zdążyła wystygnąć na kość.
Wpadł w stanie podekscytowania. Telefon przy uchu, mruczał do niego z rozkoszą:
— Wybacz, kotku, dziś zostaję w domu. Po wczoraj jestem po prostu martwym pikselem. Ale jutro powstanę z martwych i obiecuję, że na twoim secie będę w strefie fanów, ze świecącymi pałeczkami i porn star martini! I’m your biggest fan, przecież wiesz! Tak, madame Diana, będzie pani mogła mnie ukarać. No, wybacz, proszę. Żyję marzeniem o spotkaniu.
W końcu umył ręce i wpadł do kuchni.
— Wow! To taka uczta na moją cześć?
— No pewnie! — uśmiechnęła się do niego Marina. — Głodny?
— Jak wilk.
Rzucił się na tę swoją dziecięcą wieprzowinę, aż zamruczał, a Maksim tylko dolał sobie whisky.
— Może już wystarczy? — poprosiła Marina.
Pociągnął kolejny łyk — znowu duży, ciężki — i powiedział do syna:
— Kiriuch… Mama i ja chcieliśmy z tobą porozmawiać.
— No to gadajcie! — pozwolił Kirył.
— Uważamy, że powinieneś wyjechać z kraju.
— Znowu to samo! A niby dlaczego?
— Bo… Masz wezwanie. I jeszcze Uliana… Kto ją tam wie, Kirył. Kto wie.
Kirył przestał szarpać mięso zębami i odłożył sztućce.
— Wy serio? Na jak długo?
— No… Wyjechać. Na stałe.
— Nie mogę, tato! — roześmiał się Kiriucha.
— Nie na zawsze — wtrąciła Marina. — Nie na zawsze! Dopóki to wszystko się nie uspokoi…
— Nigdzie nie jadę — zaprotestował Kirył. — Co, przegrzaliście się czy co? Dokąd miałbym jechać?
— Nie wiem, dokąd. Dokąd chcesz. Możesz najpierw do Gruzji, utartym szlakiem…
— Nie chcę do żadnej Gruzji! — uśmiech jakby mu przyschnął do twarzy. — Co miałbym tam robić?!
— No to nie do Gruzji, tylko do Tajlandii! Na Bali. Popatrz, ilu naszych jest na Bali — Maksim pociągnął kolejny łyk. — I wszystkim to pasuje!
— Nie chcę żadnego Bali, kurwa! Tam jest drętwo! Wszyscy tam dziadzieją! Nie chcę zmienić się w grzyba!
— Paryż, Nowy Jork, Londyn… Cały świat stoi przed tobą otworem, Kirył! Cały świat!
— Kogo ja tam znam? Nikogo tam nie znam! Jaki znowu Nowy Jork, odbiło ci czy co?! — załamał mu się głos.
— Ja tak tylko… Jako przykład… — zmieszał się Maksim.
— Dostałem pracę! Chciałem wam powiedzieć… Myślałem, że ta kolacja jest z tej okazji… Przeszedłem trzecią rundę, rozmowę z zastępcą dyrektora generalnego… Biorą mnie za dwieście pięćdziesiąt tysięcy! Mnie! Biorą! I są perspektywy…
Maksim znów upił łyk.
Wszędzie są perspektywy, Kiriuch… Skoro tutaj dałeś radę, wszędzie dasz. Masz łeb…
— Nigdzie nie jadę — powiedział nagle syn zupełnie innym głosem, twardym, dorosłym.
— Pojedziesz — odpowiedział Maksim tym samym tonem. — Pojedziesz jak miły. Albo pojedziesz, albo pójdziesz do wojska.
— Bzdura! Ile można? Mam tu dziewczynę… Mam tu wszystko. Przyjaciół… Czemu mnie wypychacie?
— Bo tu już nigdy nie będzie normalnie!
— Jest okej już teraz! Wszystko mi się podoba!
— Okej? A my nie chcemy tu siedzieć i trząść się o ciebie! — krzyknął Maksim.
— To nie siedźcie! Nie ma co siedzieć ani się trząść! To ty, ty srasz ze strachu! Ty, nie ja! Ze mną wszystko będzie dobrze!
Diana do ciebie przyjedzie. Jeśli cię kocha. A zresztą… Dziewczyny… No, dziewczyny… — po raz pierwszy odezwała się Marina.
— Mamo! A ty dokąd?! Po co się wtrącasz do naszej rozmowy?!
— Nie waż się tak odzywać do matki! — ryknął Maksim. — Nie waż się, rozumiesz czy nie?!
— A spierdalaj, tato! A ty jak się do niej odzywasz? Jeszcze mnie będziesz pouczał! Sam siedzi i chleje, a jeszcze coś tutaj…
Odsunął od siebie talerz z plastrami wieprzowiny, zerwał się i chciał uciec, ale Marina rozłożyła ramiona i go złapała.
— Proszę! — poprosiła. — No proszę!
— O co „proszę”? — zagrzmiał basem Kirył. — O co?!
To był inny człowiek, nie Kiriusza; jakiś obcy ktoś.
— G-gówniarzu! — ryknął Maksim. — Bo prochu nie wąchałeś! Co ty w ogóle wiesz? My mamy odruchy, rozumiesz! Od urodzenia! Z mlekiem matki… „Srasz ze strachu!” A wasze pokolenie musi je sobie dopiero wyrobić! No nic, wyrobicie… Nie macie wyjścia!
— Chłopcy…
— Jacy, kurwa, chłopcy? Popatrz no, jaki już z niego chłop! A myśleć za cholerę nie chce! Pieprzyć mu się chce!
Marina zaszlochała.
— Po prostu takie czasy… Musimy je tylko przeczekać… To nie będzie trwać wiecznie… To wkrótce się skończy. Wkrótce, czuję to. To nie może trwać długo… To, co się dzieje, jest nienaturalne. On długo tak nie pociągnie. Odejdzie albo umrze i wszystko wróci, będzie jak dawniej. Musimy to po prostu przeczekać… Przesiedzieć. Ocalić siebie. Jedno drugie. Chłopcy… No, proszę was.
Kiryłem aż wstrząsnęło. Wyswobodził się z objęć Mariny, wyplątał z nich, prychnął. Wyrwał się na korytarz i trzasnął drzwiami wejściowymi. Maksim dolał sobie whisky.
— T-to gówno — powiedział niepewnie.
Marina też wyszła. Maksim wstał, podszedł do okna i uchylił je. Wpadło ciepłe letnie powietrze, słodkawa moskiewska spalenizna. W ciemnej szybie odbijał się on, Maksim — z wykrzywioną gębą.
— G-gówno — powtórzył z nienawiścią Maksim i walnął się w policzek.
• • •
Kolejka do ginekologa była niewielka: prywatna, mała klinika, Uliana znalazła taką, żeby nie spotkać nikogo na ulicy; w obcej dzielnicy. Siedziała jakaś Tadżyjka, może Kazaszka, siedziała jakaś dziewczyna, nie miała chyba nawet siedemnastu lat, i jeszcze kobieta z brzuchem.
Czekając na swoją kolej, Uliana cały czas przesuwała w telefonie te diamenciki — trzeba było dobierać je według koloru i kształtu, żeby znikały całymi rzędami. Dobra gra: nie myśli się o niczym innym, nic nie rozprasza, nie to co rolki. Uliana zaszła w diamencikach daleko, nawet trafiała do rankingu najlepszych graczy.
Właśnie ją wywołali.
Uliana poprawiła spódnicę i pociągnęła nosem. Ciekawe, jaki będzie lekarz? Dzagojew Timur Michajłowicz.
Był tam mężczyzna w średnim wieku, czarne wąsy przyprószone siwizną, okulary jak u inteligenta. Niby sympatyczny, ale równie dobrze mógłby siedzieć jako dyrektor jakiejś firmy; nie od razu było widać, że to lekarz. Twarz niezbyt współczująca. Może to i dobrze.
— Słucham.
— Chcę przerwać ciążę — powiedziała Uliana, patrząc mu w oczy. — Przeczytałam, że macie u siebie zabieg próżniowy, jednego dnia, tak? Ambulatoryjnie. Potrzebuję tego załatwić w jeden dzień.
— No, no, chwileczkę — doktor powstrzymał Ulianę łagodnym gestem. — Porozmawiajmy najpierw. Zabieg próżniowy! Przecież rozumie pani, że tam w środku jest człowieczek. Ma rączki, nóżki, oczka… A pani chce zabieg próżniowy. Może nawet ma duszę. Który to tydzień, jeśli wolno zapytać?
— Trzynasty tydzień.
— Ile?
— Trzynasty — powtórzyła Uliana.
— Trzynasty! No jak to! Nie… Na takim etapie już na pewno nic nie możemy dla pani zrobić — poruszył się niespokojnie w fotelu. — Przyjmujemy tylko do dwunastego tygodnia, później nie wolno. I na pewno nie ma mowy o żadnym zabiegu próżniowym… To już aborcja-aborcja! Ale jak już powiedziałem, nie mamy prawa.
Uliana przygotowała się na tę rozmowę. Na kolanach trzymała torbę, kliknęła zamek i ją otworzyła.
— Dam ponad cennik — powiedziała cicho, ale pewnie.
— Ponad cennik! No proszę… Dlaczego w ogóle postanowiła pani to zrobić?
— Ciężko znoszę ciążę — odparła Uliana. — Mdłości i w ogóle.
— No wie pani! Moja droga… Mdłości! Wielkie rzeczy, mdłości. To wszystko minie, to przejściowe. To żaden powód! I w ogóle… Trzynasty tydzień. Ma już paluszki u rąk i nóg, wygląda zupełnie jak człowiek. Taki… — pokazał palcami. — Już z osiem centymetrów.
— Wiem. Czytam w internecie.
Z zewnątrz wciąż jeszcze zachowywała spokój, choć w środku serce waliło jej o żebra coraz mocniej i szybciej.
— Po dwunastym tygodniu w naszym kraju przerwanie ciąży jest dozwolone tylko ze względów społecznych…
— Mam takie względy społeczne — podchwyciła podpowiedź Uliana.
— Jakie?
— Samotna matka. Ojca nie ma.
— Wie pani, co się teraz zalicza do względów społecznych? Bardzo ograniczyli tę listę — powiedział Timur Michajłowicz, uważnie się jej przyglądając. — Teraz to tylko gwałt. Mam nadzieję, że panią nic takiego nie spotkało?
— Nie.
— A gdzie jest ojciec? Dziecka.
— Nie żyje.
— Można zapytać, w jakich okolicznościach?
— Zginął na SVO — wypowiedziała Uliana zaklęcie, które wcześniej działało.
Lekarz zmienił się na twarzy.
— Nie możemy. Proszę, nawet nie warto…
Uliana wsunęła rękę do torebki i wyjęła plik banknotów: sto tysięcy rubli. Przewiązanych papierową bankową opaską. Pieniądze wujka Maksyma, Saszy. Położyła je na stole i przeczytała napis na opasce:
— Sto tysięcy.
Timur Michajłowicz aż odskoczył od pliku.
— Chyba pani nie rozumie, dziewczyno? Wzywają nas wszystkich do gubernatora, instruują, że nie wolno już tego robić. Mamy wszystkich od tego odwodzić. A już szczególnie, jeśli ojciec jest uczestnikiem SVO! No co pani, postradała pani zmysły?
Uliana pogrzebała w torebce i położyła na stole drugi taki sam plik.
— Dwieście.
— Nie mogę, czy pani mnie nie słyszy? Trwają kontrole, zamkną nas do diabła, jeśli zrobię aborcję wdowie po uczestniku SVO!
— Nie musi pan nigdzie tego wpisywać. Po prostu niech pan to zrobi. Trzysta tysięcy, proszę. Wystarczy?
Zerwał się na nogi.
— Mówię pani, że nieważne, czy trzysta, czy nie trzysta, chodzi o to, że przyjdą mnie stąd zamknąć z prokuraturą, po co mnie pani prowokuje? Wizyta skończona, dziękuję!
Uliana rzuciła mu jeszcze dwa pliki. Timur Michajłowicz spojrzał na nie, na pół miliona rubli leżące na jego biurku. Pokręcił głową w prawo i w lewo.
— Czy pani nie rozumie, jakie są teraz czasy? Ginie tylu mężczyzn! Nie tylko pani! Kraj musi uzupełniać… Są specjalne programy, prezydent o tym mówi. A poza tym to nie po prawosławnemu. Tradycyjne wartości, rodzina… A pani? Jest pani wierząca?
Uliana zaczęła się trząść.
— Nie chcę. Nie chcę go. Ile trzeba? Po co pan mnie tu… Dlaczego? Mam jeszcze, proszę, jeszcze, to już wszystko, więcej nie mam, czego pan jeszcze chce? Nie chcę go, nie chcę dalej z nim chodzić w środku, chcę, żeby pan go usunął, co tu jest niezrozumiałego?! Co?! Niech pan to ze mnie usunie! I nie potrzebuję żadnych pieniędzy, niczego! No co się tak gapisz? Jesteś głupi czy co?! To moje ciało, chcę go usunąć! Próżniowy, niepróżniowy, mało ci pieniędzy?!
Doktor zgarnął ze stołu wszystkie porozrzucane pliki banknotów, odebrał Ulianie torbę i wepchnął wszystko do środka. Chwycił ją za rękę, szarpnął do góry i pociągnął do drzwi. Opierała się, ale był silniejszy.
— Kobieto… Spokojnie! Tu ani ja… ani pani… Nic już nie możemy zdecydować… Słyszysz mnie? Koniec! Cicho! Nic już od nas nie zależy!
— I tak to załatwię, z tobą czy bez ciebie. Myślisz, że nie ma innych lekarzy?! Znalazł się zasadniczy! Czy po prostu stchórzyłeś? Stchórzyłeś, co?!
— Już… Już. Przepraszam.
Wypchnął ją na korytarz, stanął w drzwiach, cały czerwony, zagrodził Ulianie drogę z powrotem i krzyknął do dziewczyny w recepcji:
— Katiusza… Katia! Tej nie przyjmuj. Tak… Zrezygnowała z wizyty.
• • •
Potem Moskwę całkiem rozleniwił upał, ludzkie potoki przerzedły, a wszyscy, którzy nie mieli dokąd jechać na urlop, snuli się bez życia. W weekend Maksim i Marina bez przekonania krzątali się na daczy, ugrzęźli w bezczynności jak w przesłodzonym dżemie i nie wybierali się do miasta. Ale zadzwoniła z pracy Galina Igoriewna i poinformowała, że przyszło pismo z pieczęciami. Pisali w nim, że nazajutrz ma się odbyć kontrola prokuratorska w związku ze skargami konsumentów.
Marinie Maksim powiedział tylko, że w pracy zdarzyła się kolejna sytuacja awaryjna, spakował się i pojechał do miasta. Wszystko odbyło się jakoś błyskawicznie, niemal odruchowo, i dopiero stojąc na szosie symferopolskiej wśród innych działkowiczów, na sekundę wypłynął z nurtu świadomości, w którym już rozważał, co zrobić ze wszystkimi wydawnictwami agentów zagranicznych z księgarni, i spojrzał na to z boku. Przecież zamierzał iść do końca, broniąc swojego asortymentu, sam ściągnął sobie na głowę tę kontrolę i, jak mu się zdawało, był na nią całkowicie przygotowany psychicznie. Nadal był zresztą przekonany, że nie złamał żadnego prawa, że każdy kontroler nieuchronnie dojdzie do tego samego wniosku i nie będzie miał mu nic do zarzucenia.
Dokąd jedziesz i po co?
Dzięki Bogu, że uprzedzili chociaż dzień wcześniej — mamrotał w nim równolegle drugi głos, głucho i wbrew głosowi rozsądku. A wyobraź sobie, że przyszliby tego samego dnia, nastraszyli biedną Galinę Igoriewnę, przewrócili wszystko do góry nogami, znaleźli Niewzorowa, Bykowa, Szulman, a może gdzieś w magazynie wala się jeszcze „Lato w pionierskim krawacie”, to co wtedy? Dzięki Bogu, że dali szansę, żeby posprzątać, pochować całą tę zakazaną literaturę, wywieźć ją gdzieś, udawać głupiego.
Tylko na czas kontroli schować, powiedział stanowczo jeden Maksim drugiemu. No tak, na czas kontroli, oczywiście. Po prostu nie ma szczególnego powodu, żeby się narażać, po prostu nie ma sensu ściągać akurat teraz nadmiernej uwagi na swój biznes, na siebie, na rodzinę. Przecież nie wiemy na pewno, czy badają nas teraz, że tak powiem, pod lupą, ani czy ta kontrola nie jest częścią jakiejś większej kontroli, prawda? Po co im pomagać, skoro naszym zadaniem jest na wszelkie sposoby im przeszkadzać? Marina w końcu miała wtedy rację, a zresztą nie ona to wymyśliła: trzy pokolenia radzieckiej inteligencji tak żyły — i przetrwały, i doczekały się, choć krótkich, ale szczęśliwszych czasów — że najważniejsze to ocalić siebie. No bo komu będzie lepiej, jeśli zamkną mu księgarnię? Kiedy kurz opadnie, nadal będzie można sprzedawać agentów zagranicznych spod lady, a nie trzeba ich tak ostentacyjnie wystawiać na półkach. Ale najpierw niech kurz opadnie, rzecz jasna.
Oczywiście, prawo jest po jego stronie, ale prawa zmieniają się każdego dnia, a w tym czarodziejskim kraju nauczyli się jeszcze stosować je wstecz, po pierwsze; po drugie, prawo jest u nich tylko dla wrogów, jak Franco przykazał. A jeśli kontrolerzy zechcą — a zechcą na pewno — to przyjdą razem z tymi aktywistami, a tamci coś im podszeptają i zarzucą mu coś jeszcze, zupełnie niezwiązanego z książkami, na przykład dyskredytację armii. I tak jest na straconej pozycji, po co kusić los? I co to ma wspólnego ze strachem? To właśnie strach popycha do nieracjonalnych, impulsywnych zachowań, a tu jest odwrotnie, tu działa czysta kalkulacja, wyważona ocena ryzyka. To przecież partia szachów, którą Maksim rozgrywa z arcymistrzem; można poświęcać figury, żeby nie przegrać partii, strategii może być wiele, można przeciągać grę, można czekać, aż arcymistrza zmęczą inni gracze i ten coś przeoczy, popełni błąd. A doprowadzenie gry do remisu w obecnych okolicznościach byłoby już znakomitym wynikiem.
A potem, już w mieście, zatrzymał się na czerwonym świetle i na sekundę otrzeźwiał. Jak to nie strach, skoro to właśnie strach? Czujesz, jak się kurczysz, czujesz, jak się miotasz, jak złościsz się na to światło, że tak długo świeci się na czerwono, że nie wpuszcza cię do twojej księgarni, jakby cię zatrzymywało, żebyś nie zdążył zdjąć z półek niewłaściwych książek? Czym to jest, jeśli nie strachem?
Przeczekamy, przetrzymamy, na pewno doczekamy się końca; umarł tamten — umrze i ten, jak pisały markerem na miejskich reklamach partyzantki kiepskiego podziemia, przytaknął sobie Maksim. Tylko czy ci, którzy doczekają, będą tymi samymi, którzy mieli nadzieję przeczekać?
A potem zapaliło się zielone i Maksim pojechał dalej.
Zaparkował krzywo, przywitał się z Galiną Igoriewną służbowym tonem, wysłał ją na przerwę, a sam przyniósł z magazynu kartonowe pudło i zaczął ostrożnie, bez pośpiechu, starając się panować nad sobą, zdejmować z półek wszystko, co mogło budzić wątpliwości. To były same dobre książki, Maksim zawsze sam dobierał asortyment, przede wszystkim kierując się własnym gustem. I na pewno nie zamierzał ich wyrzucać, tylko wywieźć gdzieś, choćby na daczę, i tam schować, uchronić przed kontrolą prokuratorską, przed represjami. Było w tym nawet coś poetyckiego, jeśli się nad tym zastanowić. Jeśli się nad tym zastanowić.
• • •
Uliana już szykowała się do powrotu do Moskwy — w Wołogdzie wszyscy ginekolodzy byli zastraszeni, a w Moskwie za pieniądze dało się wszystko załatwić; szukając, straciła czas. Potem odwiedziła matkę.
Poczekała, aż matka zamknie sklep spożywczy, i ruszyły do domu. Matka opowiadała jej o swoich sprawach w ogródku, zdawała relację z tego, co u sąsiadów, a jednocześnie — Uliana to czuła — zerkała na nią tak… Jak na sierotę.
Doszły do domu, nastawiły czajnik. Uliana weszła do swojego pokoju, z którego wyfrunęła. Wszystko pozostało nietknięte, jakby wciąż była uczennicą. Sprzed początku całego tego debilnego życia. Położyła się na swoim starym łóżku. Wstała: ciasno.
— Jest coś mocniejszego? — spytała matkę.
— Co takiego? Mocniejszego jej się zachciało! No proszę! A kto będzie rodził?
— Nie chcę rodzić. Nie będę.
— Uliasz… No, jest koniaczek. Jak to nie chcesz?
Uliana nalała kieliszek, wypiła, od razu nalała następny. Matka kręciła głową, ale się nie sprzeciwiała. Czekała. Uliana wychyliła drugi. Znów ją zemdliło. A masz, suko, cierp.
— Nie chcę tego wszystkiego dźwigać.
— Czego dźwigać?
— Będzie mi o nim przypominał.
— O Saszy? — spytała ze współczuciem matka.
— O wszystkim, mamo! O wszystkim!
— No i co teraz zrobisz? Przecież to wszystko się wydarzyło.
— A może ja chcę, żeby nic z tego mi się nie przydarzyło, ma-mo!
— No, no… Cicho, cicho… — matka podeszła i ją objęła. — Urodź go dla mnie, a ja się nim zajmę. Chciałabym się nacieszyć wnuczkiem.
— Mamo, nie słyszysz? On siedzi we mnie, niedobrze mi od tego.
— Słyszę wszystko, słyszę. Ale dziecko przecież nie jest zrobione tylko z Saszy, jest też z ciebie, Uliasz, w połowie. Jak możesz… I ze mnie też jest.
— No i co? Co w tym dobrego?
Zaczęła nalewać sobie trzeci kieliszek, ale matka ją powstrzymała. Pokręciła głową i powiedziała:
— Dziecko nie jest niczemu winne, Uliana. Za co je karać?
• • •
Na pierwszego września zaprosili Tatianę do szkoły, do której chodził Sasza. Na rozpoczęcie roku. Sami nie wiadomo skąd się wzięli, zadzwonili, zaprosili. Powiedzieli, że to uroczystość, trzeba się odświętnie ubrać. Chcieli podobno uczcić pamięć Saszy.
Tydzień wcześniej zabroniła Witalijowi pić, żeby na apelu nie był aż tak spuchnięty, żeby wyglądał jak człowiek. Sama poszła do fryzjera i pofarbowała włosy na rudo, mniej więcej tak, jak miała za młodu. Potem długo jeszcze ze Swietką przymierzały sukienki w sklepie, zanim wybrały odpowiednią. Na własny ślub tak się nie wystroiła jak na ten apel. W końcu to było wydarzenie!
Witalij poszedł w spodniach i koszuli, wyprasowała mu je; tych spodni nie zakładał od jubileuszu. Uczesała go, i wreszcie nie było wstydu. No i poszli.
To była ta sama szkoła, do której wcześniej, przed przeprowadzką do nowego mieszkania, chodziły Swietka i Tioma. Po tylu latach znali wszystkich nauczycieli z imienia i patronimiku, każdemu przynosili czekoladki, żeby nie byli tacy surowi dla ich łobuzów. A i tak było krępująco! Wcześniej przychodziło się jako matka ucznia z trójami, prosić o coś, a teraz to co innego!
Poranek był ciepły, prawie letni, liście nawet jeszcze nie zaczęły spadać. Pierwszoklasiści wlekli bukiety prawie większe od siebie: dziewczynki z białymi kokardami, chłopcy z grzywkami, jednych matki ciągnęły za rękę, inni płakali. Rozluźnieni licealiści palili, klęli, całowali się po wakacyjnym rozstaniu. Jak dawno temu Sasza też był takim licealistą, szedł do dziesiątej klasy? A do pierwszej? Przecież to było zaledwie wczoraj.
Dyrektorka rozpoznała Tatianę, sama podeszła się przywitać — a kiedyś była taka surowa, że strach było podejść!
— A, dzień dobry. Pani jest u nas — zajrzała do spisu — mamą Saszy Łazarenki, tak? Tatiana Nikołajewna? A Witalij…
— Giennadjewicz. Łazarenkowie, tak.
— Aha. Proszę tutaj. Tu są rodzice tych, których synowie byli na SVO… Polegli. Może zechce pani powiedzieć kilka słów? O swoim Saszy?
— Och, a co ja powiem? No dobrze, powiem.
Stało tam jeszcze iluś staruszków w różnym wieku, a niektórzy wcale nie byli siwi. Niektórzy poczernieli z żalu, inni trzymali się nieźle — ludzie są różni. Tatiana oczywiście liczyła na to, że będzie tu sama z Witalijem, źle zrozumiała zaproszenie. Ale tak też było słusznie, sprawiedliwie: przecież nie tylko jej zabili Saszę.
Podszedł jakiś mężczyzna w krawacie, z odznaką „Jednej Rosji” i wstążką świętego Jerzego; chyba przysłali go z urzędu miasta. Pokiwał im głową.
Ustawili pierwszoklasistów w szeregu. Stali wystraszeni, wytrzeszczali oczka, wypatrywali mam w tłumie. Dyrektorka otworzyła apel, pogratulowała maluchom rozpoczęcia nowego szkolnego życia, powiedziała, że zaczyna się nowy ważny etap, że szkoła stanie się ich nową, wielką rodziną. Potem przemówił mężczyzna z odznaką.
— Drogie dzieci! Jak wiecie, nasz kraj przeżywa teraz trudny czas. Żebyście mogli spokojnie się uczyć, rozwijać i dorastać, wasi ojcowie i starsi bracia walczą z przeciwnikiem w ramach specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Odpierają atak wroga na dalekich rubieżach, żeby nie przyszedł do naszych domów. Żebyście mogli spokojnie dorosnąć, nabrać męstwa i także zostać obrońcami naszej Ojczyzny! Są tu z nami rodzice niektórych, jak rozumiem, absolwentów waszej szkoły, którzy polegli śmiercią bohaterów, walcząc za nas wszystkich. Jewgienija Borisowna — zwrócił się do dyrektorki — proszę udzielić głosu ojcom i matkom tych bohaterów.
Dyrektorka przyjrzała się rodzicom i wybrała Tatianę z Witalijem, zaprosiła ich, żeby stanęli razem z kierownictwem przed szeregiem. Zawstydzili się, ale wyszli. Najpierw, jako mężczyźnie, głos oddano Witalijowi.
— Witalij Giennadjewicz Łazarenko! Ojciec Saszy Łazarenki, który tego lata poległ bohaterską śmiercią… Proszę. Jak udało się panu wychować tak wspaniałego człowieka, takiego patriotę i obrońcę?
Tatiana od razu się spięła, przyjęła bojową postawę. I słusznie. Witalij drgnął ramionami, początkowo nie wiedział, co powiedzieć, ale w końcu się zdecydował.
— A więc, tego… O Saszy. Była taka sytuacja, był wtedy jeszcze chłopaczkiem, takim jak te dzieciaki tutaj. Pamiętam, jak bawili się na naszym podwórku, koło garaży, w wojnę… — zaczął.
— Dajże spokój! — przerwała mu Tatiana i odsunęła go na bok. — Nie o to mu chodzi. Chce powiedzieć, że jesteśmy bardzo dumni z naszego Saszy. Że od dziecka wychowywaliśmy go właśnie na takiego. Zawsze był bardzo odważny i kochał zarówno swoją ojczyznę, jak i rodzinę. Jesteśmy też bardzo wdzięczni naszemu prezydentowi, urzędowi miasta i Ministerstwu Obrony za wsparcie. Bo nas nie porzucili. Mamy jeszcze jednego syna i kiedy dorośnie, też pójdzie służyć, co poradzić, taka już nasza rodzina. Bo powołaniem każdego mężczyzny jest bronić swojej ojczyzny!
Jewgienija Borisowna pierwsza zaczęła klaskać, potem mężczyzna z odznaką spojrzał na Tatianę z szacunkiem i też zaklaskał, za nim dołączyli pozostali nauczyciele, a potem rodzice. I Tatianie zrobiło się tak ciepło, tak wzruszająco, tak dobrze jak chyba nigdy w życiu.
• • •
Na Szeremietiewo przyjechali dwoma samochodami: Maksim z Mariną osobno, a Kiriucha z Dianą sami taksówką. Kirył nalegał. Podobno chciał jeszcze o czymś z nią porozmawiać, coś ustalić, jakby wcześniej nie miał na to dość czasu. Dobra dziewczyna, pomyślał Maksim: znają się przecież ledwie tydzień, a już jedzie odprowadzić go na lotnisko.
Przyjechali, a tam wszystkie loty opóźnione — z powodu ukraińskich dronów zamknęli niebo. No cóż, zostawili samochód na parkingu, weszli do terminalu, przywitali się z Dianą, usiedli w kawiarni nieco dalej, żeby nie wprawiać młodych w niepotrzebne zakłopotanie. Dianie rozmazał się tusz do rzęs, krępowała się przy nich.
— Co z tą twoją kontrolą? Nic nie wiadomo?
— Wszystko tak samo, Marin, od wczoraj nic się nie zmieniło.
Marina westchnęła i dotknęła palcami jego dłoni. Chwycił jej palce i pogłaskał. Zerknął ukradkiem na Kiryła — ten nie patrzył na ojca. Nie rozmawiali ze sobą.
Przesiedzieli tak na lotnisku trzy godziny. Zjedli już nawet tom yam w Coffeemanii. I dokładnie obejrzeli asortyment księgarń… A na tablicy wciąż tylko „opóźniony”. Choć mieli lot z przesiadką i dużym zapasem czasu, tego zapasu zaczynało brakować. Maksim zaczął się denerwować, że bilety przepadną.
— No ile można ich znosić?! — nie wytrzymał, po raz kolejny modląc się do tablicy.
— Kogo? — spytała Marina.
— No a kto, jak nie oni. Co ma do tego lotnictwo cywilne? Niech walą w cele wojskowe, dlaczego ludzie mają cierpieć?
Spojrzała na niego, ale nic nie powiedziała. A potem wreszcie odwołali alarm i nadszedł czas pożegnania. Podszedł do Kiriuchy, rozłożył ramiona.
— No?
Tamten pokręcił głową. Tak Maksim został z rozpostartymi ramionami. Marina szepnęła coś synowi, ten się wykręcał. No trudno, jak nie, to nie. Dla jego dobra, jeszcze zrozumie. Ucałowała Kiryła po rosyjsku trzy razy, przeżegnała go i wróciła do Maksima, a Diana zaprowadziła Kiriuchę aż do samej kontroli paszportowej, przeszła z nim przez kolejkę i puściła go dopiero tuż przed budką, po długim pocałunku.
Cholera wie, pomyślał Maksim, a może to była prawdziwa historia, na całe życie? Każda historia na całe życie zaczyna się przecież od jakiejś niepoważnej błahostki.
— Następny — warknęła do nich pograniczka z budki.
Kirył jeszcze raz odwrócił się do Mariny, pomachał jej: no już, idźcie! I podał paszport. Ale Maksim nie chciał odchodzić.
I oto Kirył stał, coś pokazywał Dianie na palcach, uśmiechał się, żartował. Ale czas mijał i mijał, a paszportu mu nie oddawali, na budce strażniczej świeciła się czerwona lampka. Potem przywołali go do okienka, pochylił się i zgięty wpół zaczął coś odpowiadać pograniczce. A przecież straż graniczna podlega FSB, przypomniał sobie nagle Maksim.
— O co ona go tam wypytuje? — zaniepokoiła się Marina.
— Marina, skąd mam wiedzieć? Chcesz, pójdziemy zapytać…
Przetrzymywała go tam, przetrzymywała, minęło pięć minut, sześć… A potem wstała i wyszła gdzieś z budki z paszportem Kiryła. Była jeszcze całkiem małą dziewczyną, ale mundur dodawał jej lat.
— Proszę tutaj poczekać — rozkazała niespodziewanie stalowym głosem i zniknęła.
Kirył rozejrzał się bezradnie, jak ktoś tonący pod lodem, kto rozpaczliwie szuka czegoś, czego mógłby się chwycić; i zatrzymał wzrok na ojcu.
• • •
— Mamo! Dzwonią z banku! — krzyknęła Swietka.
— Pewnie oszuści!
Ale Tatiana jednak podeszła, choć podejrzewała wszystkich i oduczyła się ufać ludziom. A niesłusznie. Naprawdę dzwonili z banku, o nic nie prosili, powiedzieli, że na konto wpłynęła kwota z Ministerstwa Obrony, cztery miliony z kawałkiem. Tatiana osłupiała, zaczęli sprawdzać: okazało się, że były tam jeszcze jakieś wypłaty, o których od razu nie powiedzieli, i oto właśnie nadeszła ich rodzicielska część, dwie trzecie.
Kiedy już sprawdziła i uwierzyła, zaczęła szukać tego magazynu z ceglanym domkiem. Myślała, że go wyrzucili, przeszukała cały dom, znalazł się w samochodzie. Dopiero wtedy odetchnęła z ulgą.
Obejrzała liczby — teraz akurat wystarczało, jeśli sprzedać chałupę matki. A kto by tam matkę pytał. Tak że ostatecznie wszystko wyszło całkiem dobrze, no.