Tłumaczenie wygenerowane przez AI · Rosyjski oryginał

← Spis treści

Dmitrij Głuchowski · Rejestracja

7.

Ile wypili poprzedniego wieczoru, nie sposób było zliczyć, choć Maksim chyba wcale nie zamierzał się specjalnie upijać. Wydawało się, że szabli działa jak tabletki na chorobę morską: tłumi nudności. Okazało się, że niczego nie tłumi, tylko przesuwa je na następny dzień.

Marina jeszcze spała, a Maksima wyrwało ze snu. Znana historia. Dalsze sapanie i wiercenie się w łóżku, z okresowym napieraniem na żonę, wydawało mu się nie po koleżeńsku. „Sen alkoholika jest krótki i niespokojny” — jęknął, wyczołgując się do kibla.

Wstał lewą nogą.

Siedząc na sedesie i słuchając szumu wodociągowego źródełka, poczytał na Telegramie „Mediazonę”: kogo tam, kiedy świętowali jubileusze, ogłoszono zagranicznym agentem, a kogo aresztowano pod zarzutem zdrady stanu. Taki przegląd aresztowań. Pomnożył depresję przez represje i nawet odechciało mu się wychodzić z toalety do świata. Opowiedział sobie dowcip: „No jak to nie chcesz iść do szkoły, Wowoczka? Musisz, przecież jesteś dyrektorem”, opłukał stwardniałą skórę zimną wodą, zebrał się w sobie i zdecydował.

W kuchni siedziała Uliana i oglądała wiadomości na małym telewizorze. Dojadała jajko sadzone, była już ubrana i umalowana. Kiwnęła mu ze współczuciem głową — najwyraźniej był strasznie opuchnięty.

— Ledwie świt… — Maksim uśmiechnął się do niej, jak umiał.

— Trzeba do szpitala.

— No tak.

Umalowała się, pomyślał Maksim. Dla kogo? Dla swojego narzeczonego czy dla lekarzy?

Raczej dla lekarzy, żeby choć trochę wyróżnili ją i jego razem z nią spośród tłumu petentów. Tam pewnie jest jak w fabryce, taśmowa produkcja: wysypują rannych z wywrotek, naprędce zszywają i wypychają z powrotem — jednych na wojnę, połatanych, innych do domu, odrzuconych jako niezdolnych, jeszcze innych w trumnach, połamaných. I raczej nie ma tam lekarzy, którzy przy takim natłoku zagłębialiby się w osobiste sprawy pacjentów. W szpitalu wojskowym pewnie lepiej się nie przywiązywać do podopiecznych — jak w jakimś kołchozie hodowlanym.

Ale jeśli się wystroi, może zwrócą na nią uwagę, jakoś ją zapamiętają i kiedy trzeba będzie zdecydować — przyłożyć się i go uratować czy po prostu zostawić, jak jest — może przypomną sobie narzeczoną w pełnej gali i postarają się trochę bardziej niż zwykle.

Uliana znów nieobecnym wzrokiem wpatrzyła się w ekran. Straszono tam czymś w rodzaju światowego spisku, ale po jej twarzy nie było widać, żeby naprawdę przejmowała się knowaniami kolektywnego Zachodu. Ot, żeby coś brzęczało w tle do jajecznicy, może żeby nie słyszeć własnych myśli.

A jakie myśli chodziły jej po głowie?

Uliana miała inteligentną, łagodną twarz i nie można jej było nazwać brzydką. Może tylko trochę pustą? Albo po prostu zagubioną. Dziewczynka o niewyróżniającej się urodzie, która kiedyś przyjeżdżała do nich na ferie noworoczne, zmieniła się w młodą kobietę o niewyróżniającej się urodzie. No, wyrosła, owszem. I chyba tyle. A kim się stała? Żeby to wiedzieć, należałoby wiedzieć, jaka była wcześniej.

Wyglądała jakoś tak skulona, czy co. Zgarbiona, zmarznięta.

Maksim chciał ją zapytać, co słychać u jej chłopaka.

Ale ugryzł się w język. Czy w ogóle wolno mu było mu współczuć?

W wojnie Maksim bez wahania stał po stronie Ukrainy, jako strony napadniętej. I im bardziej próbowano tu wojnę tłumaczyć i usprawiedliwiać, im zacieklej oskarżano o zdradę tych, którzy współczuli Ukrainie, tym uparciej Maksim trwał przy swoim stosunku do wojny; zaczęło to dla niego oznaczać przede wszystkim zachowanie samego siebie, takim, jakim był od początku. Nie rozgotować się, nie rozłożyć w kwasie, w którym wokół niego chlupotały ochłapy niektórych dawnych przyjaciół.

Kiedyś, jeszcze w pierwszym roku wojny, próbując wypracować sobie zasady życia w nowym świecie, Maksim postanowił oceniać ludzi wokół siebie według kryterium współudziału. Zgodnie z tą zasadą wszyscy, którzy pogodzili się z wojną, ale nie brali w niej udziału, ponosili część odpowiedzialności za wojnę, ale nie część winy; ci zaś, którzy choćby w jakikolwiek sposób wojnę popierali — czynem lub słowem, pomagali ją rozpalać albo normalizować — stawali się współwinni i dzielili winę; tylko ci, którzy w jakiś sposób próbowali wojnie przeszkodzić, byli uniewinniani przed sądem wieczności. Zresztą gdyby sąd wieczności miał uniewinnić samego Maksima, zrobiłby to na włosku: na jego korzyść można było zaliczyć najwyżej udział w kilku demonstracjach w pierwszych dniach wojny i wyłożenie na kasach w księgarni specjalnego wydania „1984”. No dobra, i jeszcze wczorajszą bitwę o zagranicznych agentów. Ogólnie rzecz biorąc, nie był wojownikiem. Ale też z drugiej strony nie rościł sobie do tego pretensji. Miał inny odcinek frontu, niewidoczny bez mikroskopu, ale na swój sposób ważny.

Ale co z narzeczonym Uliany? Czy to, że go zmobilizowali, zwalniało go z odpowiedzialności za wszystko, co robił na wojnie? A czy mógł nie robić, kiedy już tam trafił? A jeśli okaleczał? Niszczył? Zabijał? Czy miało tu znaczenie, czy robił to z własnej woli, czy wykonując rozkaz, jeśli współudział należało określać przez działanie? Jeśli przez działanie — nie wolno mu było pytać o narzeczonego, nie wolno mu było nawet przez sekundę pozwolić jej pomyśleć, że jej współczuje, że przez nią współczuje jej chłopakowi.

Pokolenie Maksima przeżyło całą tę zawieruchę, która przetoczyła się przez kraj od Breżniewa począwszy: pieriestrojkę, rozpad, Rosję Jelcyna, wojny czeczeńskie, putinizm. Życie, można powiedzieć, mieli barwne: bez ciemnych okularów, jak przy wybuchu jądrowym, nie dało się na nie patrzeć. I oto rówieśnicy Maksima, jego przyjaciele i towarzysze, przywykli patrzeć na wszystko przez ciemne okulary — przez postmodernizm i cynizm. Ale z wojną tak nie można było, trzeba było zdjąć te okulary, choćby oczy miały piec, bo jeśli przez cały ten czas przydarzyło się krajowi jakieś oślepiająco jaskrawe, absolutne zło, to właśnie ta wojna z Ukrainą. Trzeba było patrzeć, nie odwracając wzroku, trzeba było czuć odsłoniętym nerwem, trzeba było uczciwie zaświadczać; trzeba było dokładnie zapamiętać historię, żeby znowu jej nie przekłamali, żeby znowu kiedyś się nie powtórzyła. Trzeba było, trzeba…

O tym była mowa, a nie o tym, jak konkretny chłopak czuje się w szpitalu. Przecież nie wpadł pod tramwaj! Maksim pomilczał i wyjrzał na Ulianę spod nabrzmiałych powiek, jak zza szczeliny bunkra. A ten jej zagubiony wyraz twarzy… A niech to.

— Jak on się tam trzyma? Twój narzeczony?

— Tak sobie — Uliana spojrzała na niego przez ramię. — Był ostrzał. Amputowali mu nogi. Obie.

— O rany… — znowu naszły go mdłości. — Co za koszmar.

Wyobraził sobie te odcięte nogi, owinięte onucami. Zacisnął powieki. Kikuty zamajaczyły jeszcze wyraźniej.

— Szkoda chłopaka — powiedział. — Ile ma lat?

— Dwadzieścia siedem — odpowiedziała Uliana.

— Tyle co nasz Kiryłek?

— No właśnie.

Mignął mu czarny obraz: Kirył bez nóg. A przecież mogło tak być, gdyby wtedy nie rzucili się go ewakuować. I mogło się wydarzyć cokolwiek. A gdyby nie zdążyli, gdyby zamknęli granicę, ileż jeszcze mogło się stać… I jak tu osądzać? Czy Kirył też byłby wtedy winny, gdyby złapali go za kark i wrzucili do maszynki do mięsa? Po prostu nie miał szczęścia. Gdyby to był jego wybór, a tak… Szczęście czy pech, oto cała historyczna alternatywa, jak zawsze u nas i wszędzie indziej.

Narzeczony… Narzeczony znaczy, że zamierzali się pobrać. Znaczy, mieli zaplanowane jakieś ludzkie życie, a tę przyszłość odcięto jej w jednej chwili, piłą po kości. Maksim przypomniał sobie, co czuł, kiedy wybuchła wojna: beznadzieję, zupełną ciemność. Wszystko, co zaplanowali z Mariną na przyszłość, rozpadało się dla zaspokojenia cudzych bezsensownych, kanibalistycznych celów i zadań, usprawiedliwianych skrajnie nieudolnym kłamstwem; rozpadało się jego własne życie, prawdziwe i jedyne. Ale jemu udało się wywinąć spod tego pieprzonego walca drogowego z trójkolorem i czaszkami i odczołgać. Odpełznąć… Kolejne słowo z najnowszej historii Rosji. Odpełzliśmy, tak. I Kiryła wyciągnęliśmy, i agencji Mariny nie zabrakło zleceń — co tam, jeszcze bardziej potrzebne stało się upiększanie miasta — i ludziom jeszcze pilniej zaczęły być potrzebne dobre książki. Marina i Maksim pomagali ludziom — każde na swój sposób — zachować człowieczeństwo w nieludzkich czasach, więc akurat ich rodzina nie ucierpiała bezpośrednio od wojny. A Uliana…

Maksim wziął pokrojony bochenek kefirny, delikatny jak dla dziecka, oderwał kawałek i zaczął smarować go miękkim masłem. Uliana milczała, popijała herbatę i dalej oglądała poranne wiadomości.

— Pociąg agitacyjny Ministerstwa Obrony zakończył podróż po Rosji, zorganizowaną z okazji osiemdziesięciolecia Wielkiego Zwycięstwa, i triumfalnie wrócił do Moskwy — przebił się przez szum gotującego się czajnika głos z telewizora. — Pokonał ponad trzydzieści tysięcy kilometrów i przemierzył cały kraj! Spędził w drodze dwa i pół miesiąca, odwiedził stolice wszystkich okręgów wojskowych, zawitał do Krasnodaru i Machaczkały, Wołgogradu i Ufy, Jekaterynburga i Nowosybirska, Chabarowska i Władywostoku. W jego osiemnastu wagonach zmieściły się zarówno wystawa poświęcona pamięci Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak i obszerna ekspozycja na temat specjalnej operacji wojskowej. Na każdej stacji pociąg agitacyjny wzbudzał prawdziwą sensację, ściągały do niego tysiące zwiedzających, głównie młodzież i uczniowie…

Telewizor dalej mamrotał, zdzierał mózg, wszystko było szorstkie. Maksim skrzywił się. A Uliana — czy ona rozumie, na co patrzy? A jeśli rozumie, to po co w ogóle ogląda? Maksim chciał powiedzieć Ulianie: „Nie czytajcie przy śniadaniu radzieckich gazet”, ale się powstrzymał. Słuchała korespondenta z lekko rozchylonymi ustami, lecz wyglądała nie na urzeczoną, tylko raczej ogłuszoną, jakby i ją dosięgnął ostrzał.

— Nic dziwnego, bo w wyposażonym w najnowsze zdobycze techniki interaktywnym muzeum na kołach można było nie tylko bliżej poznać najnowszą historię, lecz także na przykład, dzięki symulatorowi komputerowemu, poczuć się pilotem samolotu szturmowego albo okrętu bojowego! Gwoździem programu były oczywiście, tak jak w zeszłym roku, zdobyczne egzemplarze wrogiego sprzętu wojskowego, przejęte przez nasze wojska od przeciwnika na polach bitew specjalnej operacji wojskowej. Oto, co mówi o tym koordynator projektu, zastępca ministra obrony, generał armii Oleg Siemionowicz Goremykin…

Czy naprawdę istnieje na świecie generał armii rosyjskiej o nazwisku Goremykin, zdziwił się Maksim. Istny Gogol. A zresztą, co tu nie jest gogolowskie? Zalał torebkę herbaty wrzątkiem, poprawił kanapki i usiadł obok Uliany.

Telewizor pokazał kolejną panoramę zielonego, wymalowanego pociągu z resztkami sprzętu pancernego na odkrytych wagonach. Uliana wpatrywała się w niego bardzo uważnie, z namysłem. Kiedy telewizor zaczął mówić o polach bitew specjalnej operacji wojskowej, skrzywiła się — Maksim natychmiast to zauważył. Dodało mu to skrzydeł. Oczywiście, że była przeciw wojnie, tak jak on i Marina! Jak zresztą, w jej sytuacji, można było to wszystko popierać?

Nie zdążyła jeszcze nic powiedzieć, a Maksim już całkiem zmienił do niej stosunek. Jakby z dalekiej, niespokrewnionej krewniaczki stała się kimś bliskim. I już się cieszył, że pozwolił jej u nich pomieszkać, że siedziała u niego w kuchni; miał ochotę ukroić jej jeszcze sera, zaproponować kawę.

— Uszkodzone amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie czołgi oraz transportery opancerzone, załadowane na specjalne platformy, przemierzyły cały nasz kraj — ale nie tak, jak planowali ci, którzy napchali nimi kijowski reżim — meldował generał Goremykin, służbowym tonem, i do tego się zacinając, jakby pierwszy raz odczytywał nieznany i niezrozumiały tekst.

Objazdowy cyrk śmierci, fałsz, urzędniczy bełkot, a do tego podstępne skojarzenie „Wielka Wojna Ojczyźniana — specjalna operacja wojskowa”, żeby dwadzieścia milionów zabitych w tamtej wojnie ciągnęło za sobą w towarowych wagonach kolejny milion świeżych trupów. Trzydzieści tysięcy kilometrów i na każdym przystanku zwolnić, żeby skłamać i ogłupić. A na dokładkę kretyńskie wąsiki à la Hitler u gogolowskiego generała. Maksim cmoknął z dezaprobatą.

— Okropne! — obejrzał się na Ulianę, szukając wsparcia.

— Co? — spytała.

— To wszystko — Maksim skinął głową w stronę ekranu. — Po co oni wysłali ten pociąg, żeby jeździł po kraju? Jak myślisz?

— Nie mam pojęcia — Uliana wzruszyła ramionami. — No… Osiemdziesiąt lat od zwycięstwa, niby.

— Daj spokój — uśmiechnął się Maksim. — Naprawdę o to chodzi?

— A o co?

Może Uliana po prostu nie umiała rozpoznać takiej manipulacji? Maksimowi wydawała się oczywista, wyraźna… Ale przecież ta wiedza nie spadła mu z nieba. To były lata, dziesięciolecia rozmyślań, analizowania, czytania właściwych książek i właściwej prasy… W końcu też odpowiedniego kręgu znajomych. Żeby zdemaskować mit Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, żeby zrozumieć, jak wpajają go im wszystkim od przedszkola… I jak potem go wykorzystują. Dla niego to było „zwycięskoszał”. A dla zwykłych ludzi — wstążki świętego Jerzego, zdjęcia dziadka w furażerce i gimnastiorke oraz szaszłyki w majówkę.

— Chodzi o to, żeby wmówić ludziom, że ta wojna to jakby ciąg dalszy tamtej, Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Tam napadli na nas Niemcy, więc i teraz nie jesteśmy agresorami, tylko ofiarami — powiedział. — Czyli ta wojna też jest święta. Dlatego wożą zachodni sprzęt pancerny po wszystkich miastach i wsiach. Jako namacalny dowód na to, że po prostu znowu się bronimy, tak jak wtedy. Jakby to nie my napadli na Ukraińców, tylko Zachód na nas. I dlatego już czwarty rok nie możemy zwyciężyć, bo walczymy sami przeciw całemu światu…

Uliana patrzyła na niego bez wyrazu. Maksim się speszył, ale skoro już zaczął, musiał dokończyć.

— A najważniejsze, że tym pociągiem chcą jeszcze zagarnąć na wojnę jak najwięcej ludzi. Przecież nazwali go agitacyjnym. Nawet się, dranie, nie kryją. Bo na froncie kończą się ludzie. Jedni są w szpitalach, jak ten tutaj, inni na cmentarzach. Potrzeba nowych. Żeby dorzucać ich, cholera, do pieca parowozu.

Siostrzenica zmarszczyła brwi. A może niepotrzebnie tłumaczył jej to jak krowie na rowie? Jeszcze się obrazi, że wziął ją za idiotkę. I co to w ogóle za „zwykły człowiek”? No proszę, z twoim pseudointeligenckim snobizmem…

— No ale co, to niby tylko my jesteśmy z Ukrainą? Przecież pokazali te pojazdy opancerzone na żywo. Nie są namalowane. Ktoś je tam wysłał. Amerykańce je wysłali.

— Ulian… Mówisz poważnie?

— A co?

Maksim wyciągnął rękę, wziął pilota, wcisnął przycisk; telewizor się zakrztusił i zgasł.

— Wybacz. Nie mogę już na to patrzeć. Wszystko po to, żeby komuś jeszcze zamącić w głowie, wysłać do maszynki do mięsa. Żeby potem komuś jeszcze amputować nogi. Tak jak twojemu Saszy.

— Mhm.

Uliana przeniosła wzrok na martwy ekran. Westchnęła.

— Przecież w to wszystko nie wierzysz?

— Ja?

— Ty. Ty, Uliana. Czy wierzysz?

— Nie wiem. A w co mam wierzyć?

— Przecież jest mnóstwo źródeł… Jest „Meduza”, „Insider”, „Dożd”, choćby BBC, na litość boską… Zainstalujemy ci VPN, wszystko będzie się świetnie otwierać, chyba masz teraz trochę czasu, poczytasz sobie…

— Mam wasz VPN. Co, myślicie, że jestem zupełnie dzika?

— Nie powiedziałem tego! Masz VPN — świetnie. Brawo! Po prostu będziesz miała pół godziny, włącz sobie „Dożd” na YouTubie. „Dożd TV”. Też wiadomości, tylko inne, nie marionetkowe.

— Okejka.

Wczoraj patrzyła na niego inaczej. Wczoraj tak go objęła… Przytuliła się. A teraz wokół niej wytworzyło się takie pole elektryczne, że Maksim nie odważyłby się do niej zbliżyć.

— Przecież rozumiesz, kto jest za to wszystko odpowiedzialny, Ulianiu?

Nazwał ją „Ulianiu”, tak jak mówił do niej, kiedy była mała, ale natychmiast usłyszał w tym zdrobnieniu słodycz i fałsz; chyba ona też od razu wyczuła ten fałsz.

— Za co?

— Za to, co się stało z twoim Saszą. Za ranę, za nogi…

— No i kto? — zmrużyła oczy.

— Przecież rozumiesz? Nie możesz tego nie rozumieć!

— No to niech pan powie, wujku Maksimie.

— Kto go powołał do wojska? Kto wysłał go na Ukrainę?

Milczała, przewiercała go wzrokiem. Czyżby naprawdę to wszystko popierała? Czyżby aż tak się co do niej pomylił? Kogo przygarnął… Właśnie teraz powinien był się zamknąć, ale Maksim nie potrafił już zamilknąć.

— Władza, Ulianiu! Władza! Putin, cholera! Jeśli już mówić wprost! Nie rozumiesz czy nie chcesz zrozumieć?

Znów uniosła ramiona. Miała kościste, szerokie, chude barki. Jak siatkarka.

— Będę się zbierać, wujku Maksimie. Muszę dziś koniecznie dostać się do naczelnego lekarza.

Wstała, odstawiła po sobie naczynia do zlewu i wymknęła się z kuchni. Maksim został sam ze swoją kanapką na miękkim kefirnym bochenku. Suchy chleb utknął mu w gardle i dusił. Ogarnął go niepokój — przeczucie nieszczęścia, spóźniona skrucha. Zrobiło mu się ciężko, nieswojo. Daj spokój, to tylko klasyczny kac, nic więcej — uspokoił sam siebie.

A, śnił mu się jeszcze jakiś paskudny sen… Może właśnie o to chodziło?

• • •

Jezus cierpiał, więc i nam kazał cierpieć — wpajała małej Ulianie mama.

No i musiała przecierpieć te kazania, musiała udawać głupią. W końcu mieszka u tych ludzi, nieładnie się z nimi kłócić. Uważa się za takiego mądrego, wykład jej urządził. Znowu Sasza jest dla niej debilem, bo uwierzył i poszedł, a ona też wychodzi na idiotkę. Nie, dziękuję. Sam sobie tłumaczysz, dlaczego pobiegłeś ukrywać synalka, kiedy przyszło wezwanie. Bo twój pisklak jest taki mądry, że nie powinien służyć. Bo jego nóżki są mu bardzo potrzebne do tańczenia w klubach. To Sasza jest tępakiem, uwierzył, że są faszyści, i dobrze mu tak, teraz będzie skakał na kikutach. O ile w ogóle się z tego wygrzebie.

A może byś się, wujku Maksimie, odpierdolił? Właśnie wtedy powinna była mu to powiedzieć, przy śniadaniu; szkoda, że powstrzymała ją ogłada.

Przez całą drogę metrem gotowała się jak smoła: kłóciła się z wujkiem w myślach. Pod koniec podróży aż zgaga ją paliła od tej żółci. Ledwo wydostała się na światło, nie wiedziała, za co się zabrać. Zadzwoniła do Kristinki. Przez te kilka dni, kiedy nie rozmawiały, Uliana zupełnie poszła na dno. Z nich dwóch to Kristinka była spławikiem, a Ulianoczka — ciężarkiem. Strasznie chciała po prostu ją usłyszeć, niech sobie coś szczebiocze tym swoim kanarkowym głosikiem.

Za pierwszym razem nie odebrała — Uliana zdążyła już wsiąść do autobusu — i dopiero później oddzwoniła.

— Halo.

Głos miała głuchy, nosowy. Płakała.

— Kristina?

— Cześć.

— Co słychać?

— Tak sobie.

— Coś się stało?

— No… Daj spokój… Same pierdolone nieszczęścia.

— Co jest?

— Chłopak mnie rzucił. SMS-em. Wyobrażasz sobie?

— Serio? Który?

— Mam teraz tylko jednego, Ulianiu! Saszę. Co, już nie pamiętasz w tej swojej Moskwie?

No tak. Jej też trafił się jej własny Sasza, przypomniała sobie Uliana. Ten, którego karmiła sushi. Razem się z tego nabijały, jak mogła zapomnieć?

— Przepraszam. Wyleciało mi z głowy. Po prostu tyle się dzieje… Wszystko naraz.

— Daj spokój. W porządku — Kristina pociągnęła nosem. — Po prostu to jakiś absurd, że napisał SMS-a. A ja już chciałam go zabrać do rodziców.

— Będzie następny. Pieprzyć go.

— Był dobry. Dlaczego SMS-em, Ulianiu? Dlaczego tak mnie traktuje? Jestem jakimś gównem? Kim ja dla niego jestem, kotem? Pieskiem?

— Daj spokój…

Rozpłakała się. Uliana jechała przez betonowe ogrodzenia nowiutkim, jaskrawym autobusem, zmierzała do szpitala wojskowego i nie miała za złe Kristince, że ta zapomniała zapytać, co u jej Saszy, tego bez nóg. Kochała Kristinkę. Było jej jej żal.

— Po prostu rozumiesz — powiedziała nosowym głosem Kris — wszystko zwaliło się jedno na drugie. Ta robota, że mnie zwolnili, a teraz jeszcze on mnie rzucił. Kurwa, Uliana, czemu życie tak ostro robi ze mnie swoją dziwkę? Co ja takiego zrobiłam?

— A z tą pracą naprawdę tak kiepsko?

— Nie rozumiesz — Kris pociągnęła nosem. — Totalna czarna dupa. Gdzie nie zadzwonisz, wszędzie albo już zamknęli rekrutację, albo w ogóle zmienili zdanie.

— A co z naszym? Z Anatolijem Siergiejewiczem?

— A nic. Zadzwonił. Mówi, że zamyka wszystko w cholerę, podziękował za służbę.

— Czyli salon już w ogóle nie będzie działał?

— No słuchasz ty mnie? Wściekły jak diabli. Pytam go o odprawę, a on na to: wsadzę ci ją w dupę, jak cię spotkam. Mówi, że ma już tyle długów i mandatów, że wszystko mu jedno, łatwiej pójść siedzieć.

— Ja pierdolę.

Zamilkły. Dopiero wtedy Kris się opamiętała:

— Cholera. Czemu tylko o mnie i o mnie? A ty jak? Co u twojego Saszy?

• • •

Maksim wciąż tkwił w kuchni: siedział i z rezygnacją czytał złe wiadomości, obok obsychały niedojedzone kanapki, herbata zaparzyła się do mocy czifiru i wystygła. Kac rozlał mu się z głowy na cały świat, a cały świat zrobił się teraz podły i zamglony. Marina nadal spała, nie było nikogo, kto uleczyłby Maksimową nerwicę. Aż chciało się powiesić — rzecz jasna w przenośni, bo z myślami samobójczymi Maksim nigdy w życiu nawet się nie bawił.

Co mu się właściwie śniło? Jakaś obrzydliwość…

I wtedy skrzyp-skrzypnęła podłoga w korytarzu i w kuchni pojawił się Kirył. Stał w samych gaciach w przejściu, oparty o framugę, uśmiechał się, przeciągał. Czysty Apollo, nie na darmo Maksim przez tyle lat woził go na sekcję nad Kanał Wioślarski: wioślarstwo klasyczne, rzecz jasna, daje efekty.

— Dzień dobry!

— O… Kirył Maksimowicz zaszczycił nas swoją obecnością! Kawusię?

— Sam sobie zrobię, siedź. Noc była burzliwa? — uśmiechnął się krzywo.

— Jubileusz Wadika Smysłowa… Trochę przesadziłem.

— A to się hulamy! W środku tygodnia! O której wróciłeś?

— Chyba wpół do drugiej.

— Mam nadzieję być równie energiczny w pańskim wieku!

— W naszym wieku… A jaki tam z nas wiekowie! Chcesz kanapkę?

— Zawsze gotów!

Coś tam sobie podśpiewywał, pogwizdywał. Ot, młodość: pracy nie ma, wezwanie do wojska wisi nad głową jak miecz Damoklesa, z dobytku trzy pary dżinsów i telefon komórkowy, a wstajesz rano i się uśmiechasz. Po prostu ciało łatwo się ugniata, więc je ugniatasz. Po prostu czas, który masz przed sobą, nie jest jeszcze ograniczony i czujesz, że na pewno zdążysz w tym czasie zrobić wszystko na świecie. I ta szczenięca radość z wyczekiwania dnia, której żaden kac nie zważy w grudki.

— No i jak ta rozmowa kwalifikacyjna?

— Odpukać! — Kiryucha zapukał się w czoło. — Chyba dobrze. Proszę opowiedzieć, gdzie pan pracował, czym się pan zajmował, dlaczego pan odszedł, jakie są pana oczekiwania finansowe, jakie ma pan plany na życie, dlaczego nasza firma. No, mówiłem szczerze. Przecież u nas jestem szczery.

— A jakie masz plany na życie? — zainteresował się Maksim.

— Plany są takie: dostać stanowisko team leadera analityki produktowej w waszym banku i zrobić w nim zawrotną karierę.

— A wie pan, że u nas w banku praca zdalna nie jest mile widziana? Czy na pewno możemy na pana liczyć?

— O to akurat pytali — uśmiechnął się Kirył. — Widzę, że jesteś w temacie!

— Czytam radzieckie gazety przy śniadaniu — westchnął Maksim. — No i co pan na to?

— Powiem, że oczywiście możecie na mnie liczyć. Tak, miałem przerwę w karierze, wyjechałem, ale wróciłem i nie planuję już wyjeżdżać. Wiążę swoją przyszłość z tym krajem.

— Jaki jest pana stosunek do obecnej sytuacji w kraju?

— O to akurat nie pytali. Przecież to Tinkoff, tam wszyscy wszystko rozumieją, tato, no weź!

— Tinkoff to już nie Tinkoff, Kiryłku. Tak samo jak „Kommiersant” to już nie „Kommiersant”, a NTV to już nie NTV.

— Ojej… No, wtedy mnie jeszcze nie było. W waszej erze jurajskiej. Kiedy trawa była bardziej zielona, a niebo bardziej niebieskie.

— A ty, oczywiście, uważasz, że teraz trawa jest wystarczająco zielona, a niebo wystarczająco niebieskie? — prychnął Maksim.

— I to jak! — zapewnił go Kirył.

— No, no.

— No, no. Krótko mówiąc, jutro druga runda.

— Połamania… Nie, na pewno się uda, jestem pewien.

— Niech to szlag!

Zarekwirował Maksimowi nadprogramową kanapkę i zaczął popijać kawę. Apetyt miał wilczy, radosny. Maksim, patrząc na niego, też nabrał ochoty — na kanapkę z kiełbasą i na życie. Wstał, żeby zrobić sobie następną.

Nagle Kirył sobie przypomniał.

— O! Wczoraj poznałem swoją siostrę! Na nowo. A gdzie ona właściwie jest? Jeszcze śpi?

— Pojechała do szpitala, do swojego chłopaka.

— No tak… Tam jest chyba jakiś koszmar, co?

Maksim nie mógł się powstrzymać — spojrzał na łapska Kiryła, umięśnione, ale prawie bezwłose; przypomniał sobie, jak ten jako dzieciak złamał nogę na nartach, jak cienkie patyczki zastępowały wtedy te jego wielkie kulasy.

— Tam jest koszmar.

— A ona wydawała mi się całkiem normalną dziewczyną. Chyba się zaprzyjaźniliśmy.

Wstała też Marina, zmysłowa, owinięta jedwabnym szlafrokiem. Pocałowała Kiryłę w czubek głowy i poszła parzyć sobie kawę w mosiężnym tygielku. Kiedy zdążyła zmienić się w podstarzałą diwę, postać z „Bulwaru Zachodzącego Słońca”, spytał sam siebie Maksim. A potem się zreflektował, jakby wcale nie miał tego na myśli.

— A mnie się nie wydawała normalna — wyrzucił z siebie Maksim, wygrzebując z dna fusy. — Ta wasza Uliana.

— Co się stało? — Marina spojrzała na niego z niepokojem.

— Jak można w jej sytuacji nie rozumieć, od czego to wszystko się zaczęło?

— Co się zaczęło? — zapytał Kirył.

— Wojna. Wojna, Kiryłku.

— Ona nie rozumie? — ostrożnie dopytała Marina.

— Od rana gapi się w pudło. Siedzi i gapi się w pudło. Wydaje mi się, że jest jedną z tych — powiedział Maksim. — Z tych, co wierzą we wszystko.

Marina stukała i skrobała łyżeczką po wnętrzu tygielka, mieszając cukier. Potem zdjęła kawę z ognia i przez specjalne sitko przelała ją do swojej eleganckiej, malowanej filiżanki.

— Ludzie wierzą telewizji, Maksimie. No i co zrobisz? Ludzie wierzą. Muszą żyć w tym kraju. To normalne. W telewizji mówią im, jakie są zasady życia w tym kraju. No po co się jej czepiasz?

— Ludzi można podzielić na tych, którzy rozumieją, co się dzieje, tych, którzy nie rozumieją, co się dzieje, i tych, którzy nie chcą rozumieć, co się dzieje, Marina! — wyłożył Maksim. — I albo jest głupia, a na taką mi nie wyglądała, albo nie chce rozumieć. I przyznam, że nie jestem szczególnie szczęśliwy, że ktoś taki został zaproszony do naszego domu.

• • •

Kolejka do naczelnego lekarza zaczynała się już na schodach — ani poczekalnia, ani korytarz nie mieściły opuchniętych żon i matek, z cieniami pod oczami, w chustkach na głowach, jakby przyszły do cerkwi. Nie było zapisów, była zwykła kolejka, a kto wcześniej w niej stanął, ten dostawał nadzieję, że zada swoje pytanie.

Czekając, opowiadały sobie nawzajem, co komu dolega. Mąż — rany od odłamków, zrzut z drona; syn — trepanacja, uraz czaszkowo-mózgowy, moździerz; synowi amputowali obie ręce, saper; brat — oparzenia czwartego stopnia, stracił wzrok; mąż — operacja jamy brzusznej, usunięta połowa jelit; syn — śpiączka. Jedna chciała zaświadczenie, druga orzeczenie o niepełnosprawności, kolejna zainteresowania, inna — żeby nie wysyłali syna z powrotem na front, a jeszcze inna po prostu obietnicy, że nie umrze.

Uliana zapytała kobietę w chustce, jaki jest naczelny lekarz. Odpowiedziała inna, która go znała: były chirurg wojskowy, dosłużył się. Konkretny, bez współczucia. Krótko mówiąc, na swoim miejscu.

Kolejka była długa, ale szybko się przesuwała. Tam chyba prędko rozstrzygali losy: jak w polowym lazarecie dzielą na żywych i umarłych. Czekając, wiele osób rozmawiało, ale od naczelnego lekarza prawie wszystkie wychodziły w milczeniu. Rzadko która z uśmiechem, częściej ze łzami w oczach. Płakały dla siebie, nie na pokaz. Sądziły chyba, że jego werdykt jest bezstronny i nieprzekupny — matki wchodziły z podarkami i z tymi samymi podarkami wychodziły.

Przyszła kolej Uliany.

Gabinet był przestronny, ale prosty. Ściany pomalowane, na jednej Putin w ramie, z rękami złożonymi przed sobą, w kącie zwinięta flaga na drzewcu; pośrodku gabinetu biurko szefa, na nim fotografia mężczyzny w kamuflażu, za jego plecami góry. Za biurkiem siedział ten sam mężczyzna, dwadzieścia lat starszy, ale wciąż krzepki. Tamten na zdjęciu patrzył zmęczonym wzrokiem i ten tutaj też. Nie wyglądał na boga, raczej na rzeźnika, ale widać było, że jest na emeryturze. Pod ścianami stały półki, a na nich ludzkie sprawy. Na biurku komputer, w którym wszystko zapisano.

— Proszę mówić.

— Chodzi o Łazarenkę Aleksandra Witaljewicza.

— Oddział?

— Neurochirurgia.

Postukał w klawisze. Opuścił stalowe okulary na nosie i ponad nimi przyjrzał się sytuacji Saszy.

— Tak… Łazarenko… Łazarenko. Rana od odłamków, uraz kompresyjny, w następstwie… Mhm. Ewakuacja z opóźnieniem… Gangrena obu kończyn… No tak. Amputacje. Jasne. Dalej… Poważne uszkodzenia narządów wewnętrznych, stan kręgosłupa… Wyrostki kolczyste… Odłamki kości w jamie brzusznej… Wewnątrzczaszkowe… No tak. Zaplanowano zabieg operacyjny w celu… Jasne, rozumiem. Ciężki przypadek, co mogę pani powiedzieć. Ciężki ten pani Łazarenko.

— Wiem — powiedziała Uliana, starając się, by głos jej nie zadrżał.

— I jeszcze w najbliższych dniach ma zaplanowaną operację. Będziemy mu składać kręgosłup. Ma go w drzazgach. I narządy miednicy… A przede wszystkim widzę, że ma jeszcze uraz czaszkowo-mózgowy, kompresyjny, i ciśnienie… No właśnie, ciśnienie. W każdym razie lepiej na razie, żeby pani nie wiedziała. Znieczulenie ogólne. To nie będzie łatwa operacja, delikatnie mówiąc. Nie podejmę się rokowań.

— Kiedy ma się odbyć?

— Pojutrze albo w czwartek. To wszystko, więcej informacji dla pani nie ma. Będziemy panią informować.

Skinął jej głową, dając do zrozumienia, że jej czas się skończył.

— Proszę poczekać — powiedziała Uliana. — Nie w tej sprawie przyszłam.

— A w jakiej?

— Chcemy wziąć ślub.

— Mhm. No tak.

— Czytałam, że uczestnicy SOW mogą zawrzeć małżeństwo w trybie pilnym, tak?

— Mogą.

— Chcę dzisiaj.

Naczelny lekarz nasunął stalowe okulary na oczy i oczy za szkłami zrobiły się maleńkie, a rozproszony wzrok, skupiony w soczewkach niczym przez lupę, zaczął palić.

— Dzisiaj już się nie da.

— W internecie piszą, że w dniu zgłoszenia.

— Nie wiadomo, co tam w tych internetach wypisują. Myśli pani, że jest pani jedyną osobą, która chce tu u nas wziąć ślub? Przecież to nie ja udzielam ślubów, tylko pracownicy urzędu stanu cywilnego. Mają tu taki potok… nowożeńców.

— To jutro. Jutro to ostatni termin. Jeśli potem będzie miał operację… Proszę!

— A nie chce pani poczekać, aż po operacji dojdzie do siebie?

Wydało jej się, że się uśmiechnął z przekąsem. Dlaczego? Podejrzewał, że ma w tym interes? Ale jak, dlaczego? Nie żądała od niego niczego nadzwyczajnego, spoza jego kompetencji, prosiła tylko o to, co i tak jej przysługiwało. I chyba niczym się nie zdradziła. Po co ten grymas? A potem pomyślała: ile tu naprawdę jest takich jak ona, w tej kolejce… Którym pilno, żeby na wszelki wypadek zdążyć się pobrać. Nie ma co udawać niewiniątka: i tak przejrzy ją przez swoje lupy, przed nim ludzkie dusze jadą taśmowo, a jeśli w minutę trzeba zdecydować, kogo ratować, a kogo skreślić, to pewnie wszystko inne o człowieku rozumie się w sekundę.

— Jestem z nim w ciąży — oznajmiła Uliana.

Westchnął.

— Gratuluję. Ma pani zaświadczenie?

— Tylko test.

Naczelny lekarz spojrzał w komputer, w którym zapisano los Saszy, potem na Ulianę, zważył ją wzrokiem i postukał knykciami w biurko.

— No to proszę pójść i załatwić zaświadczenie. Z zaświadczeniem urząd stanu cywilnego może się ruszy. Może wam wtedy wyznaczą termin na jutro. Przesuną was na początek kolejki. Jak pani wyjdzie ode mnie, proszę zapukać do mojego zastępcy, do Artura Iwanowicza Kowalowa. I dalej załatwić z nim tę sprawę, umowa stoi? Mam tu poważniejsze rzeczy do roboty niż urządzanie wesel. To wszystko. Pozostaję do usług.

— Bardzo dziękuję!

Skinął głową.

Uliana wyszła i oparła się o ścianę: świat wirował wokół niej jak karuzela. Kamień spadł jej z serca. Jej los rozstrzygnęli w pięć minut, załatwili sprawę tak jak wszystkie inne tutaj. Werdykt był dla niej korzystny. Nie mogła uwierzyć, że poszło tak szybko i tak uczciwie.

U zastępcy — jeszcze młodego, rumianego, ale jakoś przedwcześnie łysego — wszystko poszło jeszcze szybciej. Okazało się, że naczelny lekarz już do niego zadzwonił i znał całą sytuację Uliany. Powtórzył tylko, że potrzebne jest zaświadczenie, ale zapewnił, że oryginał będzie można przynieść dopiero na samą rejestrację, a skan przesłać mu na telefon. Obiecał też sam załatwić z urzędem stanu cywilnego sprawę pilnego terminu.

— Proszę przyjechać jutro koło dwunastej — zaproponował. — A jakby co, proszę do mnie napisać na Telegramie.

Na pożegnanie uścisnął jej dłoń, jakby była facetem. Nie miał odcisków.

Trzeba już było iść do Saszy, czekał na nią: pisał „Tęsk”, „Gdzie jesteś”, wysyłał emotikony. Ale Uliana jeszcze posiedziała na szpitalnym dziedzińcu, pooddychała przed zanurzeniem melonika.

Włączyła VPN i otworzyła czacik. Zapytała AI: człowiek spod znaku Ryb, urodzony 18 marca, czeka go poważna operacja; które dni lipca są pomyślne według kalendarza księżycowego, jaki będzie wynik operacji? Tamta od razu wszystko jej rozpisała, jak rasowa astrolog. Wychodziło na to, że jeśli operacja odbędzie się w czwartek, wszystko powinno pójść zajebiście.

Z e-papierosa unosiła się przejrzysta, niemal niewidoczna para. A za dachami szpitalnych budynków z wysokiego ceglanego komina snuł się czarny, złowrogi dym.

• • •

Kończyli tapetować pokój Tiemy, kiedy zadzwonił telefon. Wybrał sobie tapetę z samochodami wyścigowymi, łobuz. No trudno, niech będzie.

Numer był nieznany, więc Tatiana nie chciała odbierać, bała się telefonicznych oszustów. Ale potem coś ją tknęło: musiała odebrać.

— Tatiana Nikołajewna Łazarenko?

— Kto mówi?

— Dzwoni obwodowa komisja uzupełnień. W sprawie pani syna, szeregowego Pawła Witaljewicza Łazarenki.

— Paweł nie jest moim… Mój syn to Aleksandr.

— Oj, tfu… Aleksandr, tak. Aleksandr Witaljewicz. Człowiek już tu całkiem się zagadał…

— A co… Co z nim?!

— Informujemy, że odnaleziono pani syna.

— Dziękuję! Chwała Ci, Panie! Dziękuję! A gdzie, gdzie?

Podali numer moskiewskiego szpitala, do którego przywieźli Saszkę; przez telefon nie mogli nic powiedzieć o jego stanie, zgrzytnęli „gratulujemy” i tyle.

Zaczęło łupać w potylicy, w uszach zahuczało: skoczyło jej ciśnienie. Tatiana zaczęła grzebać po kieszeniach, szukać kapotenu. Boże, jakie szczęście, jakież to szczęście, Boże. Niech ktoś teraz powie, że modlitwy nie działają. Tatiana zawsze umiała dogadać się z Bogiem, wystarczyło tylko ładnie poprosić, no i troszeczkę posmarować.

Chwała Bogu, że żyje. Tylko ich z ojcem nastraszył, dureń, jakby miał umrzeć, a jednak nie umarł. A Tatiana, od samego dnia, kiedy zamilkł jego telefon, miała przeczucie — żyje, odnajdzie się.

Sasza czasem się gubił, zdarzało mu się: i jako mały zniknął, kiedy poszedł z chłopakami do lasu i szukali go z milicją, a matka już myślała, że porwał go maniak albo więźniowie, a on przyłączył się do grzybiarzy i sam wrócił. A potem jeszcze zniknął na trzy doby, kiedy pojechał do miasta na dyskotekę — przepadł jak kamień w wodę, i wtedy nawet Witalia ogarnęła panika, a Tatiana czuła sercem: odnajdzie się. I odnalazł się — w izolatce, u gliniarzy, milczący, cały w siniakach, ale żywy. Powiedzieli, że rozrabiał, że się pobił, musieli go uspokoić. No, zebrali trochę kasy, zanieśli, wykupili bałwana.

Matka i wtedy tylko wzdychała; był jej oczywiście ulubieńcem, ileż się przy nim nachodziła. Za Tatianą pewnie tyle nie łaziła, od pierwszego roku zapisała ją do żłobka. No i Tatiana z Saszką też tak — kto miał za nią pracować? Urlop macierzyński na fermie drobiu to śmiech na sali, dobrze chociaż, że matka szykowała się na emeryturę. A według Tatiany nic strasznego mu się tam nie stało, choć przestał się tak szwendać i znalazł pracę. Witalia nie potrafił go przemówić do rozumu, no to przynajmniej milicja mu go nastawiła, bo tylko dyskoteki i dyskoteki, a mamusiu, dawaj pieniądze.

I teraz to samo: ach, Sanieczka, och, Sanieczka, a na Tatianę patrzy wilkiem, że zapisała syna do wojska. A zapisała, bo z faceta powinien być jakiś pożytek, jednego pijaka w rodzinie wystarczy, a ten jeszcze, nie daj Boże, pójdzie w ojca, same dyskoteki mu w głowie. A na dyskotekach nie tylko „jaguary”, są tam jeszcze spajsy, sole i czego dusza zapragnie, przy takiej dziedziczności. Ucięli mu to i niech tak zostanie.

Z wojskiem było tak samo, przecież wszystko lepsze niż włóczyć się jak gówno w przerębli, wojsko w końcu robi z chłopaków mężczyzn, a Tatianie w domu potrzebny był mężczyzna, na kim innym miała się oprzeć? Ci dwaj głupole jeszcze rosną, obu trzeba wykształcić, do tamtego mieszkania już się nie mieścili, siedzieli sobie na głowach, a z życia i tak zostało już niewiele.

No, teraz to już będzie mogła matce dogryźć, skoro Sasza się odnalazł. I Witalia, choć przy Tatianie milczał, bo znał swoje miejsce, w głębi duszy jednak ją obwiniał, no, teraz i Witalia przestanie się od niej odwracać, przestanie patrzeć na nią tymi zbitymi psimi oczami.

A niech się cieszy, Tatiana sama była bardzo szczęśliwa, sama jakby wygrzebała się z grobu, kiedy już zasypano ją ziemią, wygrzebała się i odetchnęła pełną piersią. Dobrze było wrócić do tego, co było, zanim Saszy coś się stało; dobrze, że nie zniweczył planu Tatiany na starość, nie zmusił ich do wyprowadzki z nowego mieszkania, i dobrze, że Tatiana nie musiała już teraz zadręczać się, że wysłała syna na śmierć.

Kapoten zadziałał, rtęć odpłynęła jej z potylicy, głowa przestała ciążyć i wirować. I Tatianę ogarnęło krótkie szczęście — że Bóg odpuścił jej wszystkie błędy i pozwolił żyć dalej tak jak dotąd.

Nie wiedziała z początku, co z nim zrobić.

Podzieliła się nim z Witalią i młodszymi. Wszyscy się zakrzątali, rozweselili. Witalia otworzył piwo, Tatiana pozwoliła. Tiemka to już prawie się rozpłakał. I dopiero patrząc na niego, Tatiana jakoś zaczęła rozumieć, że Sasza żyje, a przecież naprawdę mógł umrzeć. I w ramach reszty nadmiarowego szczęścia postanowiła — właściwie nawet nie postanowiła, samo tak wyszło — powiedzieć Ulience. Pożałowała jej, owszem, i zrobiło jej się głupio, że kazała jej usunąć ciążę.

Zadzwoniła.

Ulienka odebrała szybko.

— Halo?

— Ulian! Dzwonię ci powiedzieć, że Sasza się odnalazł! — oznajmiła.

Tamta milczała. Nie odezwała się od razu. Oddychała ciężko.

— Naprawdę?! Gdzie?!

Głos jej drżał.

— Właśnie dzwonili z komisariatu wojskowego. Z Moskwy.

— Och… Tatian-Nikołajewna… Ależ szczęście…

Tatiana słuchała uważnie: głos Ulienki brzmiał stłumienie i nerwowo. No dobrze.

— Aha! No właśnie.

Żadna z nich nie wiedziała jeszcze, co powiedzieć dalej. Sekundy tykały. Wreszcie Ulienka zapytała:

— Pojedziecie?

— Dokąd?

— No do Moskwy? Do niego?

— Jeszcze nie myślałam. Najpierw trzeba z lekarzami, dowiedzieć się…

— No to powie pani, jeśli się pani zdecyduje? Ja też może pojechałabym z wami…

Tatiana westchnęła, zawahała się, ale jednak wystarczyło jej tej ponadprogramowej dawki dobroci, żeby się zgodzić.

— Powiem.

Spis treści

  1. Rejestracja
  2. Autor w sieci
  3. 1.
  4. 2.
  5. 3.
  6. 4.
  7. 5.
  8. 6.
  9. 7.
  10. 8.
  11. 9.
  12. 10.
  13. 11.
  14. 12.
  15. 13.
  16. 14.
  17. 15.
  18. Epilog
  19. glukhovsky.com
  20. O autorze

Szukaj

Szukaj w całej książce

Zapytaj książkę

Odpowiedzi AI z cytatami z książki.

Pytanie o książkę

Komentarz

Kod wygasa po 10 minutach. Możesz też otworzyć link w wiadomości.

Potwierdź email, aby wysłać komentarz. Prześlemy go autorowi.